Zaśpiewaj, lekką, pustą harfę weź do
ręki
Niech serca zbolałego ton żałobny wyda
Ciężko połóż swe palce na jej strunach
cienkich
Zaśpiewaj o ostatnich Żydach Europy
- Jak mógłbym śpiewać? Jak mi się usta
nie otworzą
Gdy moja żona, moje dzieci, dwa
ptaszęta…
Sam jeden pozostałem tutaj z całą
zgrozą!
Słyszę ich płacz… okropność jeszcze
trwa… pamiętam!
Zaśpiewaj, niech ostatnia zabrzmi z
ziemi skarga
Przechyl głowę, ku Niemu zwróć
spojrzenie ciężkie
Zaśpiewaj Mu, na Jego harfie ostatni
raz zagraj:
Wymordowali Żydów! Nie ma ich już
więcej!
https://www.youtube.com/watch?v=tWNTkKbGgg8&list=RDtWNTkKbGgg8&start_radio=1
Synagoga był wysoka i
szeroka, z dwiema wieżami, po obu stronach na froncie, z drzwiami, które
prowadziły wieloma schodami na górę, na babiniec, na pierwszym i drugim piętrze
z większymi i mniejszymi oknami, z lufcikami wysoko oraz gipsowymi gzymsami
naokoło. Wszystko to sprawiało wrażenie pałacu, prawdziwie świętego miejsca.
Wewnątrz synagoga była pomalowana. Dokonali tego Icchak Fenichel i jego brat
Jisroel. Malowidła były podziwiane przez każdego, kto wszedł do środka. Na
malunki w synagodze składały się przede wszystkim sceny z Chumaszu. W pierwszym
rogu na prawo od wejścia, wysoko, namalowani byli Żydzi urabiający w Egipcie
glinę na cegły. Nad tym: rusztowania na których Żydzi budowali mury
Pithom i Raamses. Malarze nie zapomnieli nawet o dzieciach, które zostały
wmurowane w ściany. Tak ciągnęły się sceny z Chumaszu aż do Mojżesza
stojącego przed gorejącym krzewem – który wyglądał, jakby naprawdę płonął.
Mojżesz przedstawiony był z siwymi pejsami i brodą, w szabasowym
chałacie, z futrzaną czapką albo sztrajmlem, albo kołpakiem – a wszystko na
wzór rebego z Tarnobrzega, którego chasydem był Icchak Fenichel.
Na wysokim suficie
namalowanych było dwanaście znaków zodiaku i różnorakie owoce z ziemi Izraela:
etrogi, lulawy i jeszcze, jeszcze bez końca.
grafika: Abba Fenichel, Żydzi modlący się w synagodze, kolekcja: Ghetto Fighters House
We
wrześniu, w przeddzień żydowskiego Nowego Roku, niemieckie motocykle wjechały
do miasta z rykiem. Nadjechały tą samą drogą co polska armia i uchodźcy.
Niemców, o ile dobrze pamiętam, nie
było wielu, ale wystarczająco dużo, by dokonać tego, po co przyjechali.
Staliśmy na balkonie, obserwując motocykle i wsłuchując się w niezwykłe,
złowieszcze dźwięki. Początkowo poczuliśmy ulgę, że w pobliżu Mielca lub w
samym Mielcu nie doszło do bitwy. Byliśmy zaniepokojeni, zastanawiając się, co
ci niemieccy zdobywcy mogą zrobić w mieście. Nie wiedzieliśmy wtedy, obserwując
z balkonu, że przyjechali tylko w jednym celu: mordować Żydów.
To,
co wydarzyło się w Mielcu tego dnia, jest zawsze krótko relacjonowane przez
historyków. A w tej opowieści wydarzenia z tamtego erew Rosz Haszana zostają
zneutralizowane, pozbawione grozy niekończącego się dnia i niekończącej się
nocy. Prawie pięćdziesiąt lat po tym wydarzeniu jeden historyk napisał: „W
Mielcu, 13 września, trzydziestu pięciu Żydów zostało aresztowanych w łaźniach
gminnych, zaprowadzonych do rzeźni, a
następnie spalonych żywcem. Kolejnych dwudziestu spalono żywcem w synagodze”.
Polski
historyk w ponad tysiącstronicowej książce o Mielcu i okolicach jedynie
zauważa: „Już we wrześniu 1939 roku Niemcy w Mielcu spalili synagogę wraz z
kilkudziesięcioma Żydami. Wszyscy zginęli”. W porównaniu z tym, co działo się w
latach późniejszych, to, co wydarzyło się w wigilię święta, można uznać za
nieistotne, nie zasługujące na szerszą wzmiankę. Poza tym pogromy, jak
zaczęliśmy je nazywać, miały miejsce również w innych miastach; niewielu
zostało oszczędzonych. A jednak, jak łatwo oko nie rejestruje tych krótkich
zdań. Z jaką łatwością czytelnik przechodzi do innych wydarzeń, w których
zginęły tysiące i miliony. Tylko kilkudziesięciu Żydów? Spłonęła synagoga?
Łaźnia? Ledwo warte uwagi czytelnika. Te krótkie zdania o Mielcu
najprawdopodobniej staną się jeszcze krótsze i pewnego dnia mogą całkowicie
zniknąć z historii.
Staliśmy
na balkonie i słyszeliśmy przeraźliwe krzyki. Dom, w którym mieszkaliśmy,
znajdował się na samym skraju polskiej części miasta, oddzielony od żydowskiej
jedynie dużym polem. Po drugiej stronie pola stały dwa lub trzy domy
mieszkalne, piekarnia i kilka sklepów. Obok nich stała duża łaźnia, a
prostopadle do niej rzeźnia. Nieludzkie krzyki umierających ludzi niosły się
przez czyste powietrze, ale nie wiedzieliśmy, co oznaczają.
Poczuliśmy
dym, dym płonącego drewna i palących się ciał, i nie wiedzieliśmy, co to
oznacza. Potem zobaczyliśmy ogień. Ściana płomieni powoli ogarnęła ulicę przed
nami. Usłyszeliśmy strzały, szalony śmiech i przerażone krzyki, i wtedy
wiedzieliśmy, że część żydowskiej części miasta stoi w płomieniach.
Polski
gospodarz wbiegł po schodach wraz ze swoją żoną o surowej twarzy, która niosła
ich bliźniaczki. Krzyknął do nas, żebyśmy odeszli. Jeśli Niemcy dowiedzą się,
że ma żydowskich lokatorów, z pewnością podpalą również jego dom. Posłusznie
posłuchaliśmy, a on, dbając tylko o swój dom, patrzył, jak odchodzimy, podczas
gdy jego dwie małe córeczki, z szeroko otwartymi oczami, trzymały się go za
jedną nogę.
Cicho
przeszliśmy przez ogród i przez tylną furtkę wyszliśmy na duże pole ziemniaków.
Do zbiorów pozostał jeszcze miesiąc lub więcej, a zielone, mocne łodygi rosły
wysoko i gęsto. Nie odważyliśmy się wyjść na ulicę; nie wiedzieliśmy, dokąd
iść. Ojciec postanowił, że musimy zostać na polu ziemniaków do rana…
Szanowni Państwo,
Wysłuchaliście właśnie wiersza Icchaka Kacenelsona, pieśni Nie ma ich w
wykonaniu Stanisława Soyki oraz wspomnienia Irene Eber, ocalałej z Holokaustu.
Bogumiła Gajowiec, jedna z niewielu spośród chrześcijan, która po wojnie
wspominała żydowskich mieszkańców miasta, pisała:
„ Przed wojną Żydzi stanowili znaczną część polskich miast i miasteczek,
a potem .. zniknęli. Przez wiele, wiele lat nie mówiło się o nich, jakby
wyparowali”.
Społeczność polska i żydowska mieszkały w jednym mieście, czasem po
sąsiedzku, spotykały się w sklepach, ale żyły oddzielnie. Oczywiście zdarzały
się przyjaźnie, ale generalnie ludzie byli sobie obcy.
Rozpowszechniano stereotypy o Żydach, które wzmacniały antysemityzm:
Żydzi byli komunistami, byli brudni, nieuczciwi, panowali nad światem,
wykorzystywali chłopów, byli obrzydliwie bogaci.
Mieszkali obok siebie, ale nie znali się. To byli obcy ludzie. Kiedy
nagle ich zabrakło, cóż.. nie było kogo wspominać. Robili to nieliczni. Do tego
doszły kwestie zajęcia żydowskich domów.
Przez wiele, wiele lat w Mielcu podobnie jak i w innych miastach w
Polsce nie wspominano Żydów. Nieliczne osoby interesowały się ich historią.
Dzisiaj na nas ciąży obowiązek pamięci i dlatego tutaj dzisiaj jesteśmy.
Irene Eber we swoim wspomnieniu wyrażała obawy, że za jakiś czas
spalenie synagogi w Mielcu odejdzie w niepamięć. Kiedy przeczytałam to
wspomnienie a dodam, że Irene zmarła w 2019 roku na rok przed pierwszą
uroczystością, którą zorganizowaliśmy, myślę, żeby gdyby mogła nas dzisiaj
tutaj zobaczyć, uśmiechnęłaby się z wdzięcznością.
BARDZO DZIĘKUJĘ PAŃSTWU ZA PRZYBYCIE. W TYM MIEJSCU SPOTYKAMY SIĘ
REGULARNIE W OKOLICY ROCZNICY SPALENIA SYNAGOGI OD 2020 ROKU. Życzę nam
wytrwałości w pamięci. I odwagi, bo w dzisiejszych czasach pamięć o Żydach jest
jeszcze bardziej dla niektórych niewygodna, niż kilka lat temu.
A nie wolno nam zapominać o tych bezbronnych ofiarach skazanych na
śmierć tylko dlatego, że były Żydami.
Nie znamy dokładnej liczby ofiar z dnia 13 września 1939 roku. Apolinary Frank, burmistrz miasta biorący
udział w pogrzebie, relacjonował, że było ich 27. W powojennych relacjach
liczby te wahają się od 27 do nawet 800, co nie jest jednak absolutnie możliwe.
Rochelle Saidel, autorka książki na temat Mielca, która zbadała
najwięcej takich relacji i wspomnień twierdzi, że najbardziej prawdopodobna
jest liczba od 30 do 40.
Znane z
imienia i nazwiska ofiary z dnia 13 września 1939 roku:
rzezak Józef
Beck, jego zięć z Borowej Weinrab, Chaim Kurz.
Rosz – HaSzana – początek roku lub dosłownie „głowa roku”.
Święto to upamiętnia stworzenie świata i przypomina o sądzie bożym.
Zwane jest też Świętem Trąbek. Jest pierwszym dniem roku kalendarza
żydowskiego.
Nie ma wyszukanej obrzędowości. Trwa dwa dni.
Pierwszego dnia święta nad
lokalnym ciekami wodnymi odbywa się ceremonia wyrzucania grzechów, wierni
opróżniają swoje kieszenie z okruchów do
rzeki, jest to symbol pozbywania się grzechów.
Jedną z tradycji tego święta jest maczanie jabłek w miodzie – mają
symbolizować szczęśliwy oraz słodki
nadchodzący rok.
Wspomnienia świadków wydarzeń:
BRONIA BLATTBERG
Niemcy przybyli do
naszego miasta w ciągu dwóch dni od inwazji na Polskę. Ich pierwszym
posunięciem było spalenie pięknej synagogi (jednej z niewielu). Był to wieczór
poprzedzający żydowski Nowy Rok (Rosz ha-Szana). Wiele osób poszło do łaźni
rytualnej („mykwy”) obok synagogi, a Niemcy spalili ją wraz z ludźmi w niej
przebywającymi.
Z mojego miasta
przeżyło bardzo mało osób.
MARK VERSTANDIG
Wiadomości z Mielca były złe. 13 września 1939 roku, w wigilię Rosz Haszana, żydowskiego Nowego Roku, niemieccy żołnierze wypędzili Żydów z ulicy do głównej synagogi i dwóch sąsiednich domów modlitwy, po czym podpalili budynki i spalili je.. Każdy kto próbował uciec, wyskakując przez okna, był rozstrzeliwany. Żydzi w łaźniach i Żydówki, które przyszły do rzeźni z kurczakami na świąteczny posiłek, również spłonęli żywcem, gdy Niemcy podpalili te budynki.
Błąkałem się jak cień, nic nie robiąc i nie mając z kim porozmawiać.
BERTA LICHTIG
Żydzi przygotowali
się do świąt. W domach szorowano, czyszczono a w rzeźni, która znajdowała się
obok synagogi, pełno Żydów z drobiem (rzeźnicy nie chcieli w tym dniu wykonywać
czynności ale Żydzi uparli się i zmusili ich). W sąsiedztwie synagogi i rzeźni
znajdowała się łaźnia żydowska, w której kąpało się w tym dniu wielu Żydów.
„Bohaterzy” niemieckiej armii z miejsca pokazali swe zdolności. Zaczęli od
synagogi, chcąc ją zburzyć, otoczyli ją, równocześnie rzeźnie i synagogę.
Synagogę oblali benzyną i podpalili, a Żydów w łaźni i rzeźni zamknięto i
podpalono, a kto chciał się ratować ucieczką, strzelano i wrzucano z powrotem w
ogień. Następnie rozbiegli się po mieście, wybawiając i wyciągając Żydów z
mieszkań, dużo za wskazaniem mętów i szumowin miejskich, a wyłowione jednostki
palono żywcem w rzeźni. Iluminację tę podtrzymywali przez dwa dni, spłonęło
kilka domów znajdujących się w sąsiedztwie
MENDEL BALSAM
A ludzi, którzy tam
byli, wepchnęli do rzeźni i zastrzelili ich na miejscu. To byli ludzie z Beit
HaMerchaz. Wepchnęli ich nago do tego małego miejsca i zabili każdego, kto tam
był, i oni naprawdę ich spalili.
NIEZNANY Z IMIENIA I
NAZWISKA MIELECKI ŻYD
Powiedział nam
o tragedii, która miała miejsce – że wszyscy w rzeźni i w łaźni zostali
zgromadzeni na podwórku i po kilku godzinach popędzeni do ciasnej rzeźni.
Następnie Niemcy skierowali karabiny maszynowe na ofiary. Niemcy polali naftą
to co przed chwilą było żywymi ludźmi i podłożyli ogień.
Ogień palił
się do godzin porannych, a my pozostaliśmy w naszej kryjówce. Szacowano, że 40
lub więcej osób zginęło tego dnia. Trudno jest ustalić dokładną liczbę,
ponieważ wielu z nich było spoza miasta
JERUCHEM APFEL
Kazali im się
położyć i strzelali do nich, ale ich nie zabili. Było tam około 39 mężczyzn i
rytualni rzezacy. Niemcy poszli po jakąś łatwopalną ciecz, mój przyjaciel to
wykorzystał, wyskoczył przez okno, ukrył się w magazynie drewna, a stamtąd
uciekł.
Te wszystkie
szczegóły znam od niego. Potem słyszeliśmy krzyki i zapach palonych ciał.
APOLINARY FRANK,
BURMISTRZ MIASTA
Wyprowadzili kobiety z rzeźni, wyprowadzili nagich Żydów z mykwy.
Podłożyli ogień i podpalili rzeźnię. Kiedy zięć rzezaka Becka chciał
uratować teścia, Niemcy złapali go i żywcem wrzucili do ognia. Niemcy wydali
rozkaz podpalenia synagogi. Znaleźli również godnych pomocników, którzy
pomagali im identyfikować żydowskie domy. Kiedy znajdowali Żydów, zabierali ich
i wrzucali do ognia. Jeden z Żydów uciekł przez okno, ale Niemiec do niego
strzelał. Wypadł z okna, jego długi chasydzki płaszcz zaczepił się i on
wisiał nad Żydami w płomieniach. Tego dnia zamordowano 27 Żydów. Synagoga
paliła się przez dwa dni
BOGUMIŁA
GAJOWIEC
Wybuch wojny zmienił wszystko. Po pierwszych bombardowaniach fabryki i
stacji kolejowej rodzice dla bezpieczeństwa wysłali nas dzieci, do
podmieleckiej wsi. Nie przeżyliśmy wkroczenia Niemców do miasta, ani spalenia
żywcem Żydów modlących się w synagodze położonej o dwie ulice od naszego domu,
w odległości zaledwie kilkuset metrów. Wiedzieliśmy o tym, ale nie słyszeliśmy
strzałów, nie widzieliśmy ognia i dymów, nie czuliśmy swądu palonych ciał.
Ludzie w mieście byli przerażeni.
IRENE EBER
Przygotowania
do święta nie były w tym roku zbyt bogate. Z powodu wybuchu wojny nie odbywały
się cotygodniowe targi, a chłopi z okolicznych wiosek nie przywozili ani
owoców, ani warzyw. Mimo to mieleccy Żydzi czuli, że najgorsze już za nimi.
Armia polska legła w gruzach, Niemcy podbijali Polskę, ale życie toczy się
dalej; święta – najświętsze w cyklu rocznym – trzeba obchodzić najlepiej, jak
się da. Ludzie gotowali, co mieli pod ręką.
Ci
którym udało się utuczyć kurczaka lub gęś w ciągu tygodni przynosili je rano do
rzeźnika na rytualny ubój. Rytualne ablucje są szczególnie ważne w obchodach
świąt. Podczas gdy kobiety przygotowywały domowników do święta, mężczyźni
przygotowywali swoje ciała i umysły. Łaźnia była tego dnia wyjątkowo
zatłoczona, zarówno ze względu na wagę kąpieli religijnych, jak i dlatego, że
liczni uchodźcy w mieście po prostu potrzebowali się wykąpać.
Gdy
Niemcy wjechali motocyklami do miasta, otoczyli łaźnię i rzeźnię. Mężczyzn z pierwszej z nich zapędzono do drugiej;
Żydów przechodzących obok lub zmierzających w kierunku łaźni, łatwo
rozpoznawalnych po brodach, pejsach i ubraniach, również złapano i zapędzono do
rzeźni. Z wyjątkiem kobiet i dzieci, które odesłano do domów. Nikomu nie
pozwolono uciec.
Niemcy rozstrzeliwali
ludność, po czym podpalali budynki, a w niektórych przypadkach podpalali je
bezpośrednio wraz ze znajdującymi się w nich ludźmi, skazując ich na śmierć w
płomieniach.
Relacje
są rozbieżne. Nie było żadnego reportera, który mógłby spisać fakty i przebieg
wydarzeń. A jeśli ktokolwiek zaraz potem zapisał w dzienniku, co się wydarzyło
(co ktoś mógł zrobić), dziennik ten dawno zaginął zniszczony, podobnie jak
niewiele później żydowski Mielec i większość jego mieszkańców.
Po
zabiciu ludzi w rzeźni Niemcy udali się
do synagogi (niektórzy później
mówili, że Niemcy odeszli, ale wrócili w wigilię Dnia Pojednania), aby ją
podpalić. Najpierw rozpalili duże ognisko z modlitewników, zwojów Tory i innych
ksiąg z domów nauki, które przylegały do synagogi z obu stron.
Synagoga
była dużym kamiennym budynkiem z dwiema okrągłymi wieżyczkami; stała z tyłu od ulicy i miała podwórze, które
było dogodne do palenia książek.
Drewniana konstrukcja domów
modlitwy sprzyjała szybkiemu rozprzestrzenianiu się ognia. Lecące iskry łatwo
zapalały drewniane elementy budynków, a płomienie w krótkim czasie objęły
również wnętrze synagogi.
Późno
w nocy, po skończeniu pracy, Niemcy odeszli; a może tylko niektórzy, ponieważ
następnego ranka Żydom uniemożliwiono pochowanie zmarłych na cmentarzu.




































































































