Archiwum bloga

sobota, 21 marca 2026

I ciągle widzę ich uśmiechy. Dzieci z tajnej żydowskiej szkoły w Mielcu.

 

 


 

Pisząc dziś, mam przed sobą oprawione zdjęcie uczniów szkoły, które jakimś dziwnym zrządzeniem losu przetrwało wojnę i zniszczenie. Jest nas szesnaścioro: czterech chłopców i dwanaście dziewcząt. Staliśmy obok domu, w którym się uczyliśmy. Pamiętam tylko imiona trzech moich koleżanek: Tośka, Tova Trompeter i Hava. Tova miała bujne brązowe włosy i piękny uśmiech. Jej rodzice mieszkali w podwórzu obok sklepu Babci Mindel. Hava była przyjaciółką kuzynki Estery (Estery córki Ruevena Kurza i Friedy z domu Geminder – I.S.). Tośka jest pośrodku zdjęcia niczym panująca królowa, dwóch chłopców po każdej stronie. Nawet na tej starej fotografii widzę jej złoty uśmiech, który rozświetlał jej twarz, a oczy błyszczały. Za nią stoi dziewczynka, którą Tośka i ja znałyśmy bardzo dobrze, ponieważ jej młodsza siostra urodziła się z obojgiem zamkniętych oczu. Dwóch chłopców pochodziło z zamożnych rodzin; sklepy ich rodziców znajdowały się na ulicy Kolejowej. Bardzo chciałbym wiedzieć, co stało się z każdą z moich koleżanek: jak potoczyło się ich życie z kim się ożeniły, rozwiodły, jakie zawody wykonywały, a jakich nie; gdzie zamieszkały; czy odniosły sukces, czy nie. Ale nie ma o czym mówić. Wszyscy moi koledzy ze szkoły, za wyjątkiem Tovy zginęli w Parczewie, Włodawie lub Sobiborze….1

 

Irena Eber (z domu Geminder), The choice

 

 

 

Piękne zdjęcie. Uśmiechnięte, starannie ubrane dzieci (czy ubierały się tak na co dzień, czy to ta szczególna okazja – wykonanie pamiątkowej fotografii skłoniła rodziców do odziania swoich pociech w to co miały najlepszego?). Pośrodku nauczycielka. Z tego zdjęcia trudno domyślić się, że nie jest to normalny szkolny dzień w czasach pokoju. Dzieci tak promiennie się uśmiechają. Jeszcze nie wiedzą co je czeka. Z tych obecnych  na zdjęciu, przeżyje jedynie dwójka, z całej osiemdziesiątki uczęszczających na tajne zajęcia w czasie wojny, ogółem jedynie piątka. Przynajmniej o tylu dzieciach wiem.

Ich nauczyciel po wojnie, wiedział tylko o dwójce. Widocznie nie dotarły do niego wieści o kolejnych trzech uratowanych dziewczynkach.

Znam to zdjęcie. Już je widziałam. Pomimo tego dopiero teraz, w 2026 roku przyglądam mu się z uwagą. Dostaję go od jednego z potomków mieleckich Żydów. Na zdjęciu jest jego mama. Po jakimś czasie odkrywam, że w jednym ze swoich tekstów zamieściłam to zdjęcie. Przyglądam mu się. Nie, to nie to samo zdjęcie. Zapewne wykonane tego samego dnia, ale to inne ujęcie. To pierwsze pochodzi ze zbiorów rodziny Blasbalg, a na zdjęciu jest Rachela Blasbalg, to samo zdjęcie posiada Irena Eber, to z innym ujęciem należy do rodziny Trompeter. Zaczynam rozumieć… zdjęcia są w zbiorach rodzin dzieci uczęszczających na zajęcia. Tych rodzin, gdzie ktoś ocalał.



zdjęcie ze zbiorów rodziny Trompeter

 

Wojna zmieniła życie obywateli polskich, także ich możliwości kształcenia się. Przedwojenna działalność Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego została przerwana.

 

 

 

Okupant  zamknął wszystkie polskie szkoły średnie i wyższe. Oficjalnie  dzieciom polskim wolno było  pobierać edukację jedynie na poziomie podstawowym oraz zawodowym.  Dzieci miały się uczyć podstawowych rzeczy. Historia Polski była zakazana.

Dzieci żydowskie w ogóle nie mogły chodzić do szkoły. Żadnej.

Tajne nauczanie rozwijało się przede wszystkim na obszarze Generalnego Gubernatorstwa.  To był fenomen na skalę europejską.

W Generalnym Gubernatorstwie zlikwidowane zostały szkoły średnie i wyższe. Pozostawiono siedmioklasowe szkoły elementarne i zawodowe z okrojonym programem nauczania oraz zakazem uczenia historii, geografii i literatury polskiej. Cel tak ograniczonej szkoły określił Heinrich Himmler:

„Mam nadzieję na zupełne wymazanie pojęcia Żydów przez umożliwienie powszechnej emigracji wszystkich Żydów do Afryki albo gdzie indziej, do jakiejś kolonii. W pewnej perspektywie czasowej musi być możliwe doprowadzenie do zniknięcia na naszym obszarze terminów oznaczających takie narody, jak Ukraińcy, Górale i Łemkowie. To samo, co powiedziano na temat odpryskowych narodów, obowiązuje w odpowiednio większej skali w stosunku do Polaków. Przy rozwiązywaniu wszystkich tych problemów podstawowym zagadnieniem jest szkolnictwo i związane z nim kwestie przeglądania i przesiewania młodzieży. Nieniemiecka ludność Wschodu nie może mieć żadnej wyższej szkoły ponad czteroklasową szkołę powszechną [ludową]. Celem takiej szkoły ma być wyłącznie: proste liczenie, najwyżej do pięciuset, na pisanie nazwiska, nauka, iż boskim przykazaniem jest być posłusznym Niemcom, uczciwym, pracowitym i grzecznym. Czytania nie uważam za konieczne. Poza tą szkołą nie może być na Wschodzie żadnej innej szkoły”2.

 

 

 

Żydowscy rodzicie radzili sobie jak mogli, niektórzy ci zamożniejsi, wynajmowali nauczycieli prywatnych, ale działała również tajna szkoła.

 

Na terenie Mielca znajdowało się kilku wykwalifikowanych nauczycieli. Rodzice zwrócili się do nich i oni założyli potajemną, prywatną szkołę powszechną, uczono od 1-szej klasy do 7 – mej klasy. Według zasad wymaganych przez szkołę powszechną. Szkoły te prowadzone były przez pp. Altmanów, Licht, Korzenników, Zuckerbrodtównę, narażając siebie i rodziny na różne represje ze strony władz za potajemne nauczanie 3

 

Tak w swojej powojennej relacji o tajnej żydowskiej szkole w Mielcu działającej podczas okupacji napisała Berta Lichtig z domu Korzennik, również nauczycielka.

 

 

 

Chociaż już kilka lat minęło, odkąd badam losy mieleckich rodzin żydowskich, dziwię się na to krzyżowanie się, przecinanie losów różnych ludzi. A przecież nie powinnam, bo po pierwsze ludzkie losy zwykły się krzyżować, po drugie… to było małe miasto.

To pierwszy raz kiedy tak dokładnie przyjrzałam się zdjęciu, bo przecież to niezwykłe, że zachowało się pamiątkowe zdjęcie dzieci uczących się w tajnej szkole.

Jakoś nigdy wcześniej nie zwróciłam na ten fakt uwagi.

Jest na tym zdjęciu nauczycielka…

Kim była?  Zaczęłam się zastanawiać.

Wiedziałam, że w szkole uczyła żona Szaje Altmana, Estera z domu Korzennik, ale to z pewnością nie ona. Wiem jak wyglądała. W szkole być może uczyła też Berta Lichtig z domu Korzennik. To też nie ona. Też znam jej twarz.

A może to Sala (Salomea, Sabina) Korzennik, trzecia z sióstr Korzennikówień, wykwalifikowana nauczycielka?

Raczej nie, z przedwojennych zdjęć patrzy na mnie młoda ciemnowłosa dziewczyna o innych rysach.

I wtedy przypomniam sobie, że nauczycielką była Debora (Dora) Zuckerbrodt, ciotka Joe Gottdenkera, który odwiedził nas w ubiegłym roku w Mielcu. Sięgam zatem do swojego tekstu dotyczącego rodziny Joe i znajduję zapis dot. relacji Berty Lichtig o tajnej szkole, w którym wymienia Zuckerbrodtowne.

Jestem prawie pewna, że chodzi o Deborę. Ileż panien Zuckerbrodt mogło być w Mielcu nauczycielkami?

Porównywałam zdjęcia Joe, jego mamy i zdjęcie nauczycielki z tajnej szkoły. Wydawało mi się, że wszyscy są do siebie podobni.

Ale przecież czasem umysł płata nam figle, kiedy sami podpowiadamy mu tak bardzo pożądane przez nas scenariusze.

Zapytałam.

Daniel Zuckerbrodt napisał:

tak to Dora (tak nazywała ją rodzina).

Napisał też, że widzieli jej zdjęcie z archiwum Uniwersytetu Jagiellońskiego i że przed wojną była dyrektorką szkoły w Łodzi.

Radość. Dobrze znać nazwisko i twarz nauczycielki z tajnej szkoły. W dodatku pochodziła z rodziny, którą zdążyłam już "poznać". Być może jej krewni nie widzieli nigdy tego zdjęcia?

Debora lub Dobre, ta druga wersja imienia znajduje się w Spisie Żydów z 1940 roku urodziła się 31 października 1907 roku.

Została zamordowana w 1942 roku. Przy jej nazwisku w Spisie Żydów widnieje zapis "nauczycielka". Była absolwentką Uniwersytetu Jagiellońskiego. Po deportacji Żydów z Mielca została wywieziona do Dubienki. Tam angażowała się w pomoc dzieciom w Centosie.

Została zamordowana w którymś z obozów zagłady.

Wojnę przeżyła jej siostra Bina i brat Dawid (Dolek), więzień obozu pracy przymusowej w Mielcu. Był w obozie sanitariuszem.

Wojny nie przeżyli jej rodzice: Chaim Józef i Lieba z domu Kirschenbaum oraz rodzeństwo: Blima (była farmaceutką) i Szymon.

Szymon, Blima, Bina i Dora byli absolwentami Uniwersytetu Jagiellońskiego.

 

Z dziewczynek na zdjęciu wojnę na pewno przeżyła Irena Eber z domu Geminder i Rachela Blasbalg/Rubin, dziewczynka w jasnej sukience z ciemnym kołnierzem, mama Ezzy Eric Rappaport. Taka uśmiechnięta… Jeszcze nie wiedziała co ją czeka..

Wojnę przeżyła też Tauba Trompeter, ale chociaż to ją oznaczyła Irena na zdjęciu, dowiaduje się od Noreen Plen, córki Jochene Bernsteina z Mielca, która znała Taubę, że ta twierdziła, że to nie ona jest na tym zdjęciu, a jej siostra.

 

Przyjechawszy do Mielca, zabrałem się z powrotem do mego zawodu, ale wobec tego, że nauczanie Żydów było zabronione, prowadziłem tajną szkołę, ucząc około 80 dzieci. Poza tym po południu byłem kierownikiem oddziału Centos, gdzie biedne dzieci otrzymywały dożywianie, ale nauki nie dozwolono. Mimo wszystko za pomocą zabaw i gier kształciliśmy dzieci, ucząc je czytać, pisać i podtrzymywaliśmy je na duchu w tych ciężkich chwilach: urządzaliśmy częste przedstawienia w języku żydowskim i hebrajskim, aby zdobyć fundusze na prowadzenie naszego ośrodka dziecięcego. Pewnego gorącego dnia czerwca 1941 roku, gdy okno było otwarte, a przy stole siedziało około 15 dzieci w pewnej chwili zauważyłem dwie głowy niemieckich żołnierzy, którzy niepostrzeżenie podeszli pod okno i w chwili gdy ja zwróciłem na nich uwagę, usłyszałem głos: ach lernen! Zamarłem, nie mogłem odezwać się ani słowem, w domu zrobił się ruch, gdyż wiedzieliśmy, że wpadłem i mógłbym pociągnąć za sobą innych z rodziny, jak również dzieci i ich rodziców. W naszym domu mieszkał również policjant polski. W tym zamieszaniu jakie powstało u nas, ktoś wpadł do tego policjanta, który w tym czasie był w domu, i on jako obcy starał się tych Niemców ująć, zaprosił do swojego mieszkania, postawił wódkę i postarał się całą tę sprawę zbagatelizować. Okazali się, że i oni szukali ludzi do pracy i natrafili w chwili zajęć. Oni oświadczyli policjantowi, że w najlepszym wypadku za moje przewinienie należy się obóz pracy. Z 80 dzieci zostały dwie siostry Szpalterówne, mieszkają w Paryżu4.

 

 

Szaje Altman mylił się, na szczęście. Ocalałych było więcej.

Chociaż.... bardzo mało. Ale i Irene Eber myślała, że nikt z jej koleżanek i kolegów nie ocalał...

Kiedy wczytałam się w tę relację zrozumiałam, że zajęcia prawdopodobnie  musiały odbywać się w domu Korzenników, na Staszica.  Chociaż zapewne nie tylko tam. Nie ma już tego domu, ale zachowało się zdjęcie.

Myślę też, że ten policjant ratujący rodzinę z opresji to słynny policjant Mundek, który pomógł Korzennikom w czasie deportacji, ale też i potem, gdy ukrywająca się w Błażkowej Berta wpadła w opresję i uratował ją telefon do Mundka, który skłamał Niemcom, że Berta nie jest Żydówką.

 

Irena Eber:

 

 

Pewnego dnia, na początku zimy, gdy życie wydawało się najtrudniejsze z powodu przenikliwego mrozu, matka usłyszała o nowej szkole. Żydowskiej młodzieży oczywiście zabroniono chodzić do szkoły po przybyciu Niemców. Ta nowa szkoła była zatem przedsięwzięciem tajnym. Założyła ją jedna z krakowskich uciekinierek. Była to mieszkanka Mielca, która studiowała na uniwersytecie w Krakowie i po otrzymaniu zakazu kontynuowania nauki wróciła do domu. Uczęszczanie do szkoły nie było jednak pozbawione niebezpieczeństw; nauczycielka mogła mieć wrogów, ktoś mógł na nią donieść Niemcom, a sąsiedzi mogli obawiać się, że zostaną wplątani w sprawę, gdyby Niemcy dowiedzieli się o  szkole. Mimo to postanowiono, że będę uczęszczać, choć zalecano ostrożność. Nigdy nie wolno mi było nosić książek (których zresztą nie miałam, ponieważ nigdy nie chodziłam do polskiej szkoły), ani nawet zeszytów. Nie wszyscy uczniowie mieli też przychodzić i wychodzić jednocześnie. Matka ostrzegła mnie, że jeśli kiedykolwiek zobaczę w pobliżu szkoły niemieckich żołnierzy lub policjantów, nie mam wchodzić do środka, tylko iść dalej.

 

Byłam podekscytowana, zwłaszcza że Tośka też miała tam być. W ostatnich miesiącach, ilekroć mijałam rozpadający się mały budynek na zaniedbanym podwórku, gdzie uczyłam się przed wojną, miałam nadzieję, że jakimś dziwnym cudem wielka kłódka zniknie, a ten jedyny pokój znów zapełni się gorliwymi dziewczętami w różnym wieku, uczącymi się modlitw i błogosławieństw. Pamiętałam dwie młode nauczycielki spoza miasta w ich ładnych i modnych sukienkach, z rękawami zakrywającymi łokcie i rąbkiem poniżej kolan, i ich cierpliwość, gdy nas uczyły lub bawiły się z nami w gry. Pod koniec roku zorganizowały wieczorne przedstawienie dla rodziców, w którym przeżyłam swój chwalebny moment jako

 

Kuzynka Esther, do której udałem się natychmiast, aby poinformować o nowym  wydarzeniu  w moim życiu, nie potrafiła stłumić mojej radości, mimo że nie była pod wrażeniem. Ta kobieta z Krakowa to tylko studentka, a nie prawdziwa nauczycielka, powiedziała kuzynka Estera. Zadziera nosa, bo uważa się za lepiej wykształconą od innych. Zobaczysz, powiedziała kuzynka Estera. Szkoła nie będzie w żaden sposób podobna do tego, co sobie wyobrażasz. Jej matka jest po prostu biedną wdową, która teraz zmusza córkę aby  zarobiła trochę pieniędzy.

 

Wyjątkowo się nie sprzeciwiłem, głównie dlatego, że nie byłam pewna, co ludzie robią na uniwersytetach i czym to się różni od tego, co my robiliśmy w szkole. Ale Tośka rozumiała wrogość kuzynki Estery lepiej niż ja. Czy  możliwe jest, zasugerowała, że ​​kuzynka Estera też chce chodzić do szkoły, ale nie może, bo jej ojciec jest urzędnikiem Judenratu, a szkoła jest przecież nielegalna?5.

 

 

 

Irena, która urodziła się w Halle i do Mielca, rodzinnego miasta jej ojca przyjechała w 1938 roku, po tym jak Niemcy wypędzili ze swojego kraju niemieckich Żydów, przeżyła wojnę.

Mając zaledwie kilkanaście lat, zdecydowała się na oddzielenie od rodziny i powrót do Mielca. Jedna z polskich sąsiadek przepędziła ją, ale inne polskie małżeństwo – Orłowscy wygnańcy z Poznania przygarnęli dziewczynkę i ukryli w kurniku, gdzie spędziła dwa lata. Wojnę przeżyła jej siostra Lore i matka Helena, umieszczone na Liście Schindlera. Wojny nie przeżył jej tata Diddie, jego siostra Feiga Kurz, matka wspominanej kuzynki Estery. Cała trójka została zastrzelona przez Rudlofa Zimmermana w obozie na Czekaju pod Mielcem.

Rachela Blasbag, kolejna ocalała dziewczynka urodziła się w Mielcu w 1932 roku. Wojny nie przeżył jej tata Ezeriel i brat Berisch. Ten pierwszy wraz ze swoją matką Sarą został zamordowany 9 marca 1942 roku, Berisch prawdopodobnie jest ofiarą obozu w Pustkowie.

Wojnę przeżyła mama Racheli, jej bracia Josef, Jochene i siostry Frieda i Malka. Zawdzięczają to zapobiegliwości, szczęściu, spotkaniu na swojej drodze odpowiednich ludzi i zapewne pieniądzom, bez nich cóż można byłoby zrobić..

Rachela i jej mama Chana zostały deportowane z Mielca. Jechały transportem w nieznane.. na pierwszym postoju rozpoznał je znajomy policjant i pozwolił im uciec. Kobiety przedostały się do Bochni i tam połączyły z resztą rodziny, która tam właśnie była. Z Bochni za pomocą przemytnika przedostali się na Węgry. Tam Malka i Rachela przebywały w sierocińcu a inni członkowie rodziny przebywali osobno w różnych miejscach. Posiadali aryjskie papiery.

 

Po wojnie wszyscy przebywali w Niemczech, w obozie dla Dipisów. Potem cała rodzina wyjechała do Ameryki.

 

 

 

Szaje Altman w swojej relacji wspomniał, że z 80 dzieci uczniów tajnej szkoły przeżyły jedynie siostry Szpalterówny i mieszkają teraz z rodzicami w Paryżu.

Relacja datowana jest na dzień 17 października 1947 rok.

 

Miałam nikłe nadzieję na odnalezienie tożsamości dziewczynek. Miałam tylko nazwisko. Wydawało mi się, że pisownia nazwiska powinna brzmieć Spalter.

Znalazłam takie osoby w Spisie Żydów z 1940 roku. Potem sięgnęłam do powojennych spisów Żydów i tu…znalazłam dwie dziewczynki o nazwisku Spalter: Giselę i Hindę.

Ale to nie wszystko, znalazłam też  rodziców, czyli cała rodzina ocalała. Nie może być pomyłki – to o tych dziewczynkach wspominał Altman. Nie jest możliwe aby ocalały dwie inne siostry Spalter  w czasie wojny będące w szkolnym wieku.

Dane dotyczące rodziny zamieszczam w przypisach do tekstu. Tych danych udało się znaleźć dość dużo 6.

Markus w 1944 roku miał 44 lata, jego żona Reisla – 38, Gisela wg Spisu powojennego 14 a Hinda 16 , ale to raczej Gisela była straszą z sióstr.

 

Oprócz danych biograficznych, oprócz zarysu losów powojennych rodziny udało się ustalić jak  rodzina ocalała. Ich losy możemy poznać dzięki relacji Psachie Honiga, którego losy skrzyżowały się z Spalterami.

Honig w 1944 roku umieścił swoją żoną w Złotnikach u jednego z chłopów. Fragment relacji złożonej w Żydowskiej Komisji Historycznej po wojnie.

Przypadkiem wpadło mi na miesiąc przedtem  by sobie na wszelki wypadek przygotować jeszcze trzeci schron. Pan Drobrowolski pomógł nam wynająć taki schron w Złotnikach od Chrząstowa ½ km u pewnego chłopa Zaka. Tam ulokowano żonę i Rosenzweigową za opłatą  2, 5 tysiąca złotych od osoby i całkiem nieświadomie zaszkodziliśmy rodzinie żydowskiej  Markusowi Spalterowi, który przebywał z żoną i dwojgiem dzieci i który płacił o wiele mniej, o czem nie mieliśmy pojęcia. Kiedy Zak dostal od dwóch osób 5 tysięcy złotych wyrzucił tamtą rodzinę, która znalazła się pod gołym niebem.  Ukryli się wtedy w zbożu i szukali pomieszczenia ale nikt ich nie chciał przyjąć. Tak kryli się w zbożu przez dwa tygodnie. Nocą ukradkiem chodzili do chat kupować żywność. Wyczerpany wybłagał  Splater u Zaka, że ten ich przyjął  z powrotem za wyższą opłatą i umieścili ich w wykopanym dole w stodole. Żona z Rosenzweigową mieszkała w takim samym dole 1 i ½ metra szeroki, 1, ½ metra głębokim. Po pewnym czasie dowiedzieli się wzajemnie o swoich kryjówkach. Zak ich głodził i obrabował ze wszystkich rzeczy. W międzyczasie zbliżała się Armia Czerwona. Niemcy podpalili wieś, Z.  uszedł z rodziną i dobytkiem, nie powiadamiając żony ani Spalterów o niczem.  Splater zorientował się jednak w sytuacji, wyrwał deskę w ścianie stodoły, pomógł żonie i Rozenzweigowej wyjść i tak przekradli się podczas ognia aobu armii do sąsiedniego Chrząstowa gdzie po pewnym czasie odnaleźliśmy się. Obydwaj bracia Dobrowolscy opiekowali się nami do ostatka i oprócz nas i panią Kanarkową i jej córką z Mielca7.

 

 

Patrzą na mnie ze zdjęcia. Dzieci z tajnej żydowskiej szkoły w Mielcu. Dzieci i ich nauczycielka. Ona jest poważna, jakby przeczuwała.

 Patrzą na mnie ze zdjęcia. Wciąż się uśmiechają. I tak już będzie.

Jesteście w pamięci. Właśnie takie. Uśmiechnięte i szczęśliwe, bo  możecie znowu chodzić do szkoły...





Dziękuję: E. E. Rapport za przesłanie mi zdjęcia dzieci z tajnej szkoły, dziękuję N. Plen za podzielenie się uwagą dotyczącą zdjęcia, dziękuję S. Wanatowiczowi za udostępnienie mi książki Irene Eber, dziękuję P. Jassemowi za pomoc w identyfikacji nauczycielki ze zdjęcia,  dziękuję A. Fenichelowi za zdopingowanie mnie do poszukiwania wiadomości o dziewczynach Spalter.

 

Przypisy:

1 Irene Eber The choice

2 https://przystanekhistoria.pl/pa2/teksty/104659,Tajne-nauczanie.html

3  Relacja Szaje Altmana 301/2873

Szaje Szoel Altman syn Józefa i Frymety Frajdy urodził się 26 kwietnia 1904 roku w Płocku.

Altman przed wojną zdobył wykształcenie wyższe matematyczno – przyrodnicze.

Przed wojną wraz ze swoją mielecką żoną Esterą z domu Korzennik mieszka w Kutnie, gdzie przez 15 lat jest nauczycielem. W 1939 roku przyjeżdżają do Mielca. W spisie Judenratu przy nazwiskach Altmanów widnieje zapisek: wysiedleni z Kutna, całkiem biedni. Z relacji Altmana wynika jednak, że z Kutna wyjechali dobrowolnie przerażeni wojenną sytuacją. Altman zatrudnił się jako tragarz w fimie Johann Henning.

 

4 Relacja Berty Lichitg  AŻIH 301/1029

5 Irene Eber The choice

6 Markus (Mordechaj) Splater urodził się 18 kwietnia 1901 roku w Borowej. Był kupcem. Markus Verstandig w książce I rest ma case wspomina, że Markus handlował kukurydzą.

Był synem Abrahama i Rebeki.

Markus zmarł w Stanach Zjednoczonych w grudniu  1975 roku.

Jego żona Reisla (Rosa, Rozalia) z domu Kornreich urodziła się 12 września 1906 roku w Gorlicach. Była córką Izaaka i Hindy (jej matka musiała nie żyć w momencie kiedy rodziła się druga córka, świadczy o tym fakt, że nadano jej imię Hinda). Reisla zmarła 2 kwietnia 1987 roku w Stanach Zjednoczonych.

Po wojnie kiedy rodzina mieszkała jakiś czas w Rzeszowie (ulica Baldachówka 3a, jak poinformowała mnie Marta Wójcik to teren byłego  getta) zarówno Markus jak i jego żona w ankiecie rejestracyjnej podali inne imiona rodziców (Markus – Chana i Lejzor, Riesla ; Ezeriel i Blima). Dlaczego podali inne imiona niż poprzednio? Nie potrafię wyjaśnić.

 

Rodzina w czasie wojny mieszkała w Mielcu przy ulicy Kilińskiego.

 

Mieli dwie córki: Giselę i Hindę.

Hinda urodziła się 28 lipca 1932 roku w Mielcu.

Co do daty urodzenia Giseli (podobno urodziła się w Borowej) są wątpliwości. W jednym miejscu (Arolsen Archives) jest to data  30 stycznia 1930 roku, ale w dokumentach Żydowskiego Instytutu Historycznego  to 1 stycznia 1932 rok.

Gisela w 1953 roku wyszła za mąż. Nazywała się Simon i miała trójkę dzieci. Zmarła 23 lipca 2011 roku w Stanach Zjednoczonych i została pochowana w Izraelu na cmentarzu Eretz Hachaim w Jerozolimie.

Hinda po mężu nazywała się Finkelstein.

 

Po wojnie rodzina w 1944 roku przebywała w Mielcu, potem przez jakiś czas w Rzeszowie i Krakowie (tu pojawiają się adresy Słowackiego, Starowiślna), potem opuścili Polskę. W 1947 roku Altman wspominał, że są w Paryżu. Być może rzeczywiście tak było, ale nie znalazłam na to dowodów. Wiadomo natomiast na pewno, że już w październiku 1949 roku  jako pierwsza z Niemiec do USA wypłynęła Gisela. Być może z przyszłym mężem? Była już dorosłą kobietą. Reszta rodziny wypłynęła do Stanów Zjednoczonych w 1951 roku na statku Mary Queen.  




zdjęcia: Arolsen Archives


7 Relacja Psachie Honiga AŻIH 301/813

 

 

 

Źródła:

Relacja Psachie Honiga AŻIH 301/813

Irena Eber (z domu Geminder), The choice

Relacja Szaje Altmana 301/2873Spis Żydów 1940, AP Rzeszów

Relacja Berty Lichitg  AŻIH 301/1029

https://przystanekhistoria.pl/pa2/teksty/104659,Tajne-nauczanie.html

Andrzej Krempa, Zagłada Żydów Mieleckich,

Myheritage

Familysearch

Arolsen Archives

 

 

poniedziałek, 16 marca 2026

Powrót Mosze Borgera

 







Autorka plakatu: Iwona Groele MHR Pałacyk Obroskich



Mosze i inni Mielczanie (od lewej Cześka Eisg, Helena Schreiber z domu Honig) podczas prezentacji modelu mieleckiej synagogi.


Są takie zbiegi okoliczności, które przypominają wyrafinowany plan – napisał Andrzej Stasiuk.

 

Gdyby Scott Genzer wiedział, że istnieje tłumaczenie dziennika Mosze Borgera na język angielski, ominęłaby mnie jedna z największych przygód życia. Scott poprosił o przepisanie dziennika do pliku tekstowego, tak aby za pomocą translatora móc go później przetłumaczyć. Zgodziłam się. Przepisywałam dziennik przez okres  trzech miesiący, zachwycając się nastolatkiem z Mielca, który opisywał swoją codzienność w latach 1937 – 1939. Zachwyciłam się jego nienaganną polszczyzną, dojrzałością, przenikliwością, znajomością  sytuacji geopolitycznej i trzeźwą oceną tego co dzieje się na świecie…. Porywały mnie jego miłosne przygody. Wpadłam po uszy.

Prezentowałam fragmenty dziennika na facebookowej grupie Mayn Shtetele Mielec. Żywo dyskutowaliśmy o przypadkach Mosze Borgera. Kiedy umieszczałam w grupie ostatni fragment… czułam duży smutek. Między mną, a chłopakiem z przedwojennego sztetla wytworzył się jakiś rodzaj relacji. Myślałam, że to już koniec mojej przygody pod tytułem Mosze Borger, ale jak się okazało to historia z gatunku tych nigdy nie kończących się…


Mosze z kolegami, Mielec ulica Kolejowa, od prawej Josek Fleischer, Mosze, Ascher Keller, Markus Schreier, NN

 

Po jakimś czasie postanowiłam napisać o Mosze tekst z zamiarem umieszczenia go na blogu. Jeden z moich kolegów,  powiedział: jak chcesz o nim pisać, skoro nie wiesz co się działo z nim po wojnie…? Nie wiesz czy się ożenił, czy miał dzieci.

Miał rację. Pomyślałam, że bez tej wiedzy, tekst będzie niekompletny.

Nie wiedziałam czy Mosze miał dzieci, wnuki, nie wiedziałam czym się zajmował po wojnie. Nie wiedziałam nic.

Ale udało się! "Chwila" poszukiwań i już wiedziałam, że Mosze miał córkę i trójkę wnuków. W ten sposób poznałam wnuczkę Mosze – Ofirę Borger Nathan Sabban, a stało się to dzięki drzewu genealogicznemu zbudowanemu przez prawnuczkę ciotki Mosze Szajndli, Miriam Lampert. Drzewo znalazłam na którymś z genealogicznych portali. Cóż to była za radość kiedy Miriam odpisała na mój e -mail, a konsekwencją tego był późniejszy kontakt z Ofirą.



Mosze z córką i kuzynem Jakobem (Jackiem) i jego córką Tiną

 


Mosze z rodziną

Mosze z żoną

 

Rodzinne święto Sukkot


Wymieniłyśmy się wieloma informacjami, dopingowałyśmy  w poszukiwaniach. Uzupełniłyśmy sobie nawzajem historię Mosze Borgera.

 

    Kiedy odnalazłam Ofirę, był rok 2022. Musiało minąć kilka lat zanim nabrałam przekonania, ale przede wszystkim  odwagi, aby opowiedzieć o Mosze szerszej publiczności. Nie lubię publicznych wystąpień, więc było to dla mnie wyzwanie. Ale klamka zapadła, dyrektor mieleckiego Muzeum Jerzy Skrzypczak przystał na pomysł od razu, wyznaczyliśmy termin, napisałam o swoich planach do Ofiry.

Szybko dostałam nieoczekiwaną i cudowną wiadomość, Ofira oznajmiła mi, że wraz z bratem Shimonem chcą przyjechać do Mielca.

Kiedy Dyrektor Muzeum zapytał jak chce zatytułować spotkanie, bez chwili wahania odpowiedziałam: I była miłość w sztetlu. Dziennik Mosze Borgera.

Tak zawsze myślałam o dzienniku Mosze.

Zależało mi, aby to spotkanie podkreśliło „życie”, nie było jedynie opowieścią o Holokauście i zagładzie sztetla.



 

28 lutego – na tę datę zapowiedzieliśmy wydarzenie w Muzeum. Ofira i Shimon mieli przylecieć do Polski 27 lutego. Mocno trzymałam kciuki, aby się udało, znając dynamiczną sytuację na Bliskim Wschodzie. Kiedy Ofira napisała, że są w Mielcu – odetchnęłam. To był moment wzruszający – wnuki Mosze w Mielcu! Myślałam o tym, co czuli dojeżdżając, mijając tablicę z nazwą Mielec. Co czuli wjeżdżając do miasta o którym tyle słyszeli, ale w którym nigdy nie byli.

 

W sobotni szabasowy dzień umówiliśmy się na przedpołudniowy spacer śladami dziadka. Była piękna pogoda, zupełnie niezwykła jak na luty i wydawało się, że nic nie zmąci tego dobrze zapowiadającego się dnia. A jednak… Kilka chwil po przebudzeniu przeczytałam, że na Bliskim Wschodzie znowu rozpoczęła się wojna,  i już wiedziałam, że Ofira i jej brat będą mieli utrudniony powrót do domu. Zaczęłam gorączkowo myśleć co zrobić, jak im pomóc, kto może pomóc. Wtedy jak anioł zjawiła się moja znajoma, Ania Brzyska, pytając mnie w messnegerowej wiadomości czy w związku z sytuacją polityczną spotkanie się odbędzie, czy oni w ogóle przyjechali (Ania wybierała się na spotkanie do Mielca). Kiedy podzieliłam się z nią moimi obawami, natychmiast zaoferowała, że przyjmie gości w swoim domu, tak długo jak będzie trzeba (ostatecznie spędzili u Ani czas od niedzielnego popołudnia do wtorku, a w środę wylecieli z Warszawy do Egiptu, a stamtąd drogą lądową do Jerozolimy).

Powróćmy jednak do sobotniego przedpołudnia.







Uspokojona przez Anię z ekscytacją czekam  na gości, w miejscu gdzie się zatrzymali. To tuż nad Wisłoką, którą tak wspominał dziadek. Są ze mną Monika i Ania. Po chwili  nasi goście wychodzą. Wpadamy sobie w objęcia z Ofirą, ich przyjazd to dla mnie naprawdę ważny moment.

Ofira natychmiast wyciąga z plecaka książki, które przywiozła ze sobą i pokazuje nam: Remembering Mielec, wydawnictwo, które znam, ale którego nie widziałam nigdy w oryginalnej wersji oraz książkę, którą wydał jej dziadek  - wspomnienie z Mielca. Obydwie pozycje pożyczam sobie do Ofiry potem  wieczorem i w książce wydanej przez Mosze znajduje kilka zaskakujących zdjęć z osobami, które znam, zdjęć, których nigdy nie przedtem widziałam. Wysyłam je natychmiast do rodzin osób, które rozpoznałam. To bezcenne pamiątki.

Lutowe słońce nam sprzyja, grzeje zupełnie jakby nie było lutowym. Idziemy najpierw pod tablicę poświęconą żydowskim mieszkańcom, potem do miejsca, gdzie stała synagoga, tam czekają na nas Halina i jej pies Bajka. Potem Rynek. Zatrzymujemy się na dłużej przed kamienicą Blattbergów, gdzie według rodzinnych wspomnień na piętrze znajdował się sztibl. Dlaczego to ważne? Szulim Blattberg był mężem ciotki Mosze Chai (zwanej przez rodzinę Chajcią, była siostrą mamy Mosze). Mosze w opisie do zdjęć pozostawionych w Yad Vashem często wspominał Blattbergów i czas spędzany w  ich gospodarstwie pod Mielcem.






 

Rynek. 

A potem już wchodzimy w ulicę Legionów, tę którą tyle razy przemierzał Mosze, bo tutaj mieszkał. Robimy zdjęcie: Ofira z Shimonem pod tabliczką z napisem Ulica Legionów. Wzruszające.








Na tej ulicy mieszkał Mosze, mieszkała jego miłość Ruchcia Balsam, mieszkał jego przyjaciel Josek Fleischer…Tutaj był cheder do którego chodził Mosze, tu była gmina żydowska, a w czasie wojny Judenrat – żydowska Rada.

Ulica Legionów przed wojną, ze zbiorów MHR Jadernówka




 

Podchodzimy pod mały, biały dom. Bardzo długo nie wiedzieliśmy, w którym domu mieszkał Mosze, ale nadszedł taki dzień, kiedy przyglądnęłam się bardzo dokładnie kolekcji Mosze dostępnej na stronie Yad Vashem. Zwróciłam uwagę na zdjęcie, gdzie widoczny jest fragment domu, a w podpisie Mosze oznajmia, że stoją przed domem,  w którym jego tata wynajmował mieszkanie od Gabriela Kawy. Szybko otwieram mapę google i przekonuję się, że dom nadal stoi. Oglądam jeszcze inne zdjęcia z kolekcji Mosze między innymi to na którym jego elegancko ubrana siostra  stoi przed furtką domu i jestem pewna w 100 procentach, że znalazłam dom Mosze.

 

W swojej książce dotyczącej Mielca, zaprzyjaźniona z Mosze Rochelle Seidel napisała:

 

Mosze Borger również 9 marca 1942 był poza Mielcem, ale posiada on niezwykłe dokumenty odnoszące się do niektórych osób deportowanych z Mielca do dystryktu lubelskiego. Wśród nich są członkowie jego rodziny, w tym jego siostry, Sala i Feiga, wysłane do Dubienki. W czasie przed deportacją, gdy krążyły o tym plotki, niektórzy mieleccy Żydzi podchodzili do pana Lecznara, aby ukryć się w jego posiadłościach. Sprawiedliwy człowiek, organista w mieleckim kościele mógł ukryć i przechować trochę rzeczy należących do niektórych deportowanych mieleckich Żydów. Gdy ofiary oczekiwały w dystrykcie lubelskim [na swój los], w nędzy i głodzie, pisały do niego prosząc, aby sprzedawał niektóre rzeczy należące do nich i przysyłał im pieniądze na niezbędne wydatki. Wykonywał to bardzo starannie, zawsze zachowując notatki z transakcji i upewniając się, że wysyła pieniądze poprzez wiarygodnych wysłanników.

Po II Wojnie Światowej pan Lecznar przekazał panu Borgerowi korespondencję między nim a deportowanymi, wraz z przekazami pocztowymi i notatkami, jakie zrobił w związku z wszystkimi transakcjami. Dokumenty te dają realny wgląd w życie mieleckich deportowanych w dystrykcie lubelskim i dowodzą, że niektóre osoby zostały zamordowane później, niż większość źródeł uważa.

Przykładowe listy i pokwitowania pocztowe które zachował Lecznar dają świadectwo jaką nędzę deportowani musieli cierpieć oraz pokazują życzliwość pana Lecznara i jego żony. Lecznarowie korespondowali i pomagali nie tylko deportowanym do dystryktu lubelskiego ale również niektórym mieleckim Żydom ukrywającym się w pobliskim Połańcu. Ciotka Mosze Borgera, Chajcia Blattberg, pisała z Połańca, w niedatowanym liście do pani Lecznar, o tym, że martwi się o swoje siostrzenice przebywające w dystrykcie lubelskim. Data na załączniku do tego listu wskazuje, że był on napisany w maju 1942.

 


Kolekcja Mosze w YV

Przez długi czas w świadomości Mielczan zainteresowanych historią mieleckich Żydów małżeństwo, które pomagało Żydom nosiło nazwisko Lecznar. Dlaczego? A to dlatego, że tak w kolekcji w Yad Vashem opisał to Mosze (widocznie nie posiadał maszyny z polską czcionką, bo i skąd ją miał mieć). Tak przepisała to w swojej książce Rochelle Saidel, a potem Andrzej Krempa.  Listy zaczęły funkcjonować pod nazwą Listy Lecznarów.

Nikt nie wpadł na pomysł aby przyjrzeć się dokładniej dokumentom na których nazwisko było widoczne. Dopiero po jakiejś dyskusji w grupie Mayn Shtetele Mielec, doszliśmy do wniosku, że pisownia  nazwiska to z całą pewnością  nie Lecznar, a  Łęczner.






List Feigi i Sali
Tłumaczenie listu na j. angielski



Szukałam ich. Szukałam Izabeli i Gabriela (tak podpisywali się na przekazach pocztowych za pomocą których wysyłali żydowskim znajomym pieniądze, co ciekawe były one wysyłane z innych miejscowości, zapewne z ostrożności).  Szukałam. Ale nic. Jak się potem okazało małżonka Gabriela miała na imię Stefania, nie Izabela. 

Ale po kolei.

Któregoś dnia Ofira pokazała mi jeden z listów ze zbiorów jej dziadka i zapytała czy wiem od kogo dziadek otrzymał ten list. Człowiek podpisywał się imieniem Bartek, a nazywał się Miczulski. Nic mi to nie mówiło, ale zaczęłam szukać. I tak po nitce do kłębka… Bartłomiej Miczulski okazał się być zięciem Łęcznerów. Izabela  nie była żoną Gabriela, a jego córką, późniejszą żoną Miczulskiego. Małżeństwo miało dwie córki. Udało mi się dotrzeć do jednej z nich i dowiedziałam się wielu faktów o jej dziadkach, Gabrielu i Stefanii.

Gabriel był z wykształcenia muzykiem. Przez jakiś czas był organistą. W domu podobno był fortepian. Nie pochodził z Mielca. Z żoną poznali się w Nisku.

 

Stefania Wiktoria – tak brzmiały imiona małżonki Gabriela, a Łęczner było jej rodowym nazwiskiem. Gabriel nazywał się Kawa i w 1938 roku przyjął nazwisko żony (dlatego Mosze pisał o nim Kawa).

Mieszkali na Legionów w Mielcu. Dzięki nim przetrwał dziennik Mosze, przeróżnymi sposobami wysyłany do Ameryki wiele lat po wojnie, aby dotarł do właściciela bez niespodzianek (z tego co opowiadała mi wnuczka Łęcznerów, dziennik zabrał jakiś znajomy naukowiec jadący w celach naukowych do USA). Dzięki nim przetrwały szabasowe świeczniki babci Malki (po wojnie starannie pakowane i wysyłane do Ameryki, co dobrze pamięta wnuczka Łęcznerów). Dzięki nim przetrwały rodzinne zdjęcia.

Łęcznerowie w czasie wojny pomagali wielu Żydom. Między innymi siostrom Mosze deportowanym do Dubienki. Oni, ich córki i zięć Franciszek Miernik. To do nich listy pisała Chaja Blattberg, ciocia Mosze.

Pomagali też między innymi Helenie Schmidt, Rafaelowi Schwarzowi.

Gabriel w czasie I wojny światowej walczył we Włoszech. Budując dom zastosował kilka włoskich rozwiązań.  Łęcznerowie wyprowadzili się z niego na przełomie lat 50/60 XX wieku, Gabriel zachorował i pojechali do córki Izabeli, do Lublina.

Mieli córki:  Izabelę  o której już wspominałam i Stefanię (bezdzietną).  Przez jakiś czas mieszkała na Legionów,  była malarką.

Izabela pracowała na uczelni w Lublinie. Poznała rok od niej starszego (rocznik 1920) Bartłomieja Miczulskiego. Bartłomiej spędził dzieciństwo w Muszynie. Z wykształcenia był agrotechnikiem.  Został profesorem.

Przez długie lata korespondowali  z Mosze. Obydwaj przyszli na świat w tym samym roku 1920, w tym samym miesiącu, Mosze 3 a Bartłomiej 30 lipca, obydwaj zmarli w 2014 (Mosze 8 czerwca, a Bartłomiej 18 czerwca).

Drogi Moniek, Lublin,                                                                      29 stycznia 2013 

Właśnie otrzymałem Twój list do Janet, więc go przeczytałem i cieszę się, że Twoje zdrowie jest OK. Moje zdrowie też jest ok, głowa dzięki Bogu pracuje, jeszcze chodzę na spacer krótki w towarzystwie córki A. lub innej osoby. A. mieszka w Lublinie i opiekuje się mną troskliwie. Czasem odwiedza mnie druga córeczka, mieszkająca w Krakowie. Teraz jest u mniej jej syn, czyli mój wnuczek, wyprowadza mnie na spacer zimowy, u nas teraz w pełni zima, trochę mroźna i śnieżna. Życzę Ci dobrego zdrowia i załączam ciekawy artykuł z wczorajszej gazety.

Bartek

Z zachowanych przez Ofirę listów wynika, że Bartek nie był jedyną osobą z Polski z którą korespondował Mosze. Pomagał też swoim znajomym finansowo.

Musiała to być pomoc wydatna, bo znajomemu z Katowic sfinansował operację.

W czasie pobytu w Mielcu Ofira pokazuje mi oryginały kartek pocztowych przysyłanych do Mosze z Polski.

Wnuczka Łęcznerów gościła w latach 70. XX wieku u Borgerów w Ameryce. Ich dom wspomina jako niezwykle ciepły. Frieda, żona Mosze, z wykształcenia muzyczka, zabierała ją na koncerty i do muzeów.

 

    Zatem stoimy przed dawnym domem Łęcznerów. Dom  niedawno został odnowiony. Wstawione są nowe okna, ale na balkonie zachowana jest oryginalna, przedwojenna balustrada. To właśnie na piętrze mieszkał Szymon Salpeter, ojciec Mosze, ze swoją rodziną. Obchodzimy dom dookoła, dzwonię, bo myślę, że Ofirze i Shimonowi byłoby miło, gdyby mogli wejść na podwórko. Nikt jednak nie otwiera. Szkoda…

 

Na ulicy w samochodzie siedzi starsze małżeństwo. Przyglądają się nam bacznie, w końcu pytają nas co robimy. Wyjaśniam kim są Ofira i Shimon. Mężczyzna mówi śmiejąc się: zabierzcie ten dom i wskazuje niezbyt ładny budynek naprzeciwko domu, w którym mieszkał Mosze.

Odpowiadamy, że niczego nie chcemy zabierać, Ofira śmieje się i mówi: mamy ładniejsze domy w Izraelu.

Opowiada też nam, że dziadek nie wziął nawet odszkodowania od Niemców.

 

Idziemy jeszcze pod piękny, monumentalny budynek Gimnazjum. Tutaj uczył się Mosze.



Opowiadamy sobie dużo podczas tego spaceru.

Dochodzimy w okolice Rynku, ja i Monika żegnamy się z Ofirą i Shimonem, Monika ma obowiązki, a ja muszę się jeszcze przygotować do spotkania w Muzeum.

Ania zabiera gości na dalszy spacer.

 

               Do Muzeum przyjeżdżamy z Moniką dużo wcześniej. Trzeba się przygotować. Trzeba porozkładać poczęstunek. Długo przygotowywałam się do tego wydarzenia pisząc scenariusz, obmyślając plan, wybierając fragmenty dziennika do przeczytania, robiąc prezentację. Chciałam żeby uczestnicy mogli zakosztować specjałów z Izraela. Zawiódł mnie niestety sprzedawca z koszernego sklepu w Warszawie. Dużo by opowiadać:). Miałam jednak plan awaryjny. Chałwę kupiłam gdzie indziej, izraelskie soki też. Koszerna maca pochodziła z mojego osiedlowego sklepu, a chałka z mieleckiej piekarni. Monika i Halina rozkładają smakołyki.






Wymyśliłam, że spotkanie będzie składało się z dwóch części.

W pierwszej opowiem o Mosze i pokażę zdjęcia,  a uczeń mieleckiego II Liceum Ogólnokształcącego, aktor amator Szymon Weryński przeczyta fragmenty dziennika Mosze, w drugiej o dziadku opowiedzą Ofira i Shimon (na tę okoliczność Ofira przygotowała piękną prezentację). I że będzie przerwa podczas której będzie można degustować i napić się kawy.

Wszystko gotowe. Pytam Szymona, czy się stresuje, odpowiada, że trochę, ale to pozytywny stres. Chyba czuję podobnie.

Powoli schodzą się uczestnicy spotkania. Zaczynam się martwić. Jest 16.45 a Ofiry i Shimona nie ma (mieli być o 16.30), wychodzimy z Moniką przed budynek, chodzę nerwowo po parku, zbliża się czas rozpoczęcia spotkania, a ich wciąż nie ma. Zastanawiam się co mogło się stać? Przecież wiedzieli gdzie jest Muzeum, nie mogli zabłądzić, z miejsca ich zakwaterowania droga jest prosta. Mieli przyjść na piechotę, w czasie szabasu nie wolno im jeździć autem.

Nerwy.

Jest pewnie jakaś 16.58  kiedy widzę ich na parkowej alejce. Uśmiecham się. Iwona, pracująca w Muzeum mówi: no proszę jaki uśmiech od razu….

Tak, uśmiech ulgi.

Jak się potem okazało, zmęczeni trudami podróży poprzedniego dnia i  dzisiejszym spacerem, Ofira i Shimon usnęli… a że w czasie szabasu nie używają telefonów, nie mogli  nastawić budzika.

Może jednak czuwał dziadek Mosze? Na takie wydarzenie nie mogli się przecież spóźnić.











I już podróżujemy wszyscy wspólnie do przedwojennego sztetla. Jest tak jak chciałam, płynie opowieść o mieleckim nastolatku, ale przy okazji o mieście w którym mieszkał, o   miłościach Mosze,  jego rozterkach, marzeniach, planach i o tym jak wszystko to zniszczyła wojna. Szymon pięknie czyta fragmenty dziennika.

Przerwa. Już po spotkaniu widzę, że prawie wszystko zniknęło ze stołu i to co ja przygotowałam i to co ze swojej strony przygotowało Muzeum. Dobrze. Znaczy się, że smakowało.



















 

Drugą część spotkania zaczynam od opowieści o tym jak Mosze spotkał dr Rochelle Saidel i dzięki temu powstała książka o Mielcu a kolekcja Mosze znalazła się w Yad Vashem. Potem pytam Ofirę o świeczniki na zdjęciach, o pamiątkową tablicę w ogrodach Jerozolimy, a potem ona opowiada o dziadku. Czasem włącza się Shimon. Oglądamy wiele zdjęć. Są wzruszające. Z angielskiego tłumaczy Monika. To ważna część spotkania, nikt nie znał i nie pamięta Mosze tak dobrze jak jego wnuki. Z opowieści wyjania się postać osoby wyjątkowej.

Rodzina była dla Mosze ogromnie ważna. Była to wartość nadrzędna. Dbał o to, aby rodzina spędzała razem każde święto i każdą szabasową kolację.

Mosze kontynuuował tradycję rodzinną w biznesie - handel pierzem. Prowadził interesy na Dalekim Wschodzie i bardzo często podróżował. Mimo intensywnego życia zawodowego, przynajmniej raz do roku odwiedzał Izrael, w czasach kiedy jeszcze tam nie mieszkał.


Szabasowe świeczniki babci Mosze Małki  (Salpeter po drugim mężu Herbst, z domu Hermele). Świeczniki przechowali Łęcznerowie.

 

Tablica pamiątkowa umieszczona pierwotnie w ogrodzie organizacji Society for the Protection of Nature of Israel), Mosze przekazał organizacji darowiznę, był miłośnikiem natury, często wspominał naturę w okolicy Mielca. Kilka lat temu organizacja musiała opuścić teren (należał do Rosji), a tablica zaginęła. Kiedy Ofira po latach wróciła do pracy w tej organizacji (pracowała tam uprzednio jako przewodniczka) zapytała pracowników, czy pamiętają jej dziadka. Pamiętali i uratowali tablicę!
Dzisiaj znajduje się w posiadaniu wnuków Mosze.

Świeczniki od lat znajdujące się w rodzinie Borgerów. Otrzymała je córka Mosze od taty. Przekazywane są z pokolenia na pokolenie.

Bogdan pyta Ofirę jak myśli, co powiedziałby Mosze na to dzisiejsze wydarzenie?

Hm… ja myślę, znając jego miłość i przywiązanie do Mielca, że byłby szczęśliwy ale też zdziwiony tym jakiego zamieszania "narobił". Jestem pewna, że byłby szczęśliwy widząc swoje wnuki chodzące jego śladami.

 

Marta dziękuje za spotkanie i wręcza nam po róży. Miły gest.

 Monika, Szymon i ja dostajemy prezenty od Ofiry i Shimona.


    Pisząc te słowa wzruszam się na samo wspomnienie. Wiem, że ten wieczór już ze mną zostanie na zawsze, w pamięci, jako coś  wyjątkowego, co wydarzyło się w moim życiu.

 

Szkoda, że zupełnie zignorowały go mieleckie media.

Jakby nikogo nie obchodziło kilkaset lat wspólnej historii, bo przecież o tym było to spotkanie - o wspólnej historii. 

 Szkoda…

 

               Niedziela jest dniem odwiedzania cmentarzy i miejsc pamięci. Nie wiem gdzie spoczywa babcia Małka i jej syn, tata Mosze Szymon Salpeter. To albo cmentarz przy Traugutta, albo mogiła zbiorowa na Świerkowej albo … Lasek Berdechowski. Na Traugutta i Świerkowej Shimon odmawia kadisz, zapalają też z Ofirą specjalne świece przywiezione z Izraela.

 






















Nie wiem gdzie spoczywa mama Mosze (zmarła kiedy miał 3 lata, przed wojną). To może być cmentarz przy dzisiejszej Jadernych (ale jak wiemy wiele szczątek stamtąd wykopano i w tej chwili leżą w mogile zbiorowej na cmentarzu przy ulicy Rybackiej w Nowym Sączu), ale bardziej prawdopodobny jest cmentarz tak zwany choleryczny. Nie ma po nim śladu. Nawet żadnej pamiątkowej tablicy. Oglądamy miejsce z okien samochodu.

 

               Shimon opowiada, że dziadek uwielbiał tańczyć. Przypominam sobie przekaz, że tańca uczyła Mosze nauczycielka z gimnazjum. 

Dwa ostatnie lata życia Mosze spędził na wózku inwalidzkim. Nie był potulny i spokojny. Jego ciekawość świata wciąż była taka sama – wnuki musiały wszędzie go wozić.




Kiedy nastała era Internetu, Ofira pokazała dziadkowi wyszukiwarkę i objaśniła jak działa. Pierwsze słowo, które w nią wpisał to była nazwa Mielec.

 

Na pogrzeb dziadka przyszły prawie same kobiety – powie nam Shimon – mnóstwo kobiet. Czasem myślę, że był innym Mosze dla mężczyzn, a innym dla kobiet…

 

Uśmiechamy się. Cały Mosze.


Trzeba się żegnać.

To dla Ofiry i Shimona będzie długa droga do domu. Jadą tam, gdzie chciał mieszkać Mosze, ale przez długie lata nie było mu to dane.  To była dla niego również długa droga. Zamieszkał w Izraelu pod koniec swojego życia.



 

 

Dziękuję wszystkim dzięki którym odbyło się to spotkanie.

Dyrektorowi Muzeum Historii Regionalnej Pałacyk Oborskich w Mielcu Jerzemu Skrzypczakowi, pracownikom Muzeum, wszystkim którzy mi pomogli: Monice Występek, Ani Stąpor, Halinie Pado, Krzysztofowi Widurkowi,  Stanisławowi Wanatowiczowi, Markowi Skowrońskiemu.

Dziękuję Monice Występek za pełnienie roli tlumaczki podczas spotkania w Muzeum i nie tylko podczas spotkania, a Szymonowi Weryńskiemu  za przeczytanie fragmentów dziennika Mosze z uczuciem i  ogromnym talentem.

Dziękuję Ani i Bogdanowi Brzyskim za goszczenie Ofiry i Shimona w swoim domu pod Krakowem.

 

Dziękuję dr Rochelle Saidel za podzielenie się wspomnieniem o Mosze.


Mosze i dr Rochelle Saidel

 


Dziękuję uczestnikom spotkania, że zechcieli posłuchać opowieści o Mosze.

 

Dziękuję Ofirze i Shimonowi, że przylecieli aż z Izraela.

 

Dziękuję Mosze Borgerowi za to, że BYŁ.

Dziękuję mu  za to, że wciąż jest obecny w moim życiu.




O Mosze można przeczytać tutaj:

 

https://maynshtetelemielec.blogspot.com/2022/11/twarze-mieleckiego-sztetla-mosze-borger.html

 

 Zdjęcia: zbiory prywatne Ofiry Borger, MHR Pałacyk Oborskich, Ania Stąpor, Monika Występek, dr Rochelle Saidel, MHF Jadernowka w Mielcu, kolekcja Mosze Borgera - Yad Vashem 





 Mosze z wnukiem Shimonem

 

 









I ciągle widzę ich uśmiechy. Dzieci z tajnej żydowskiej szkoły w Mielcu.

      Pisząc dziś, mam przed sobą oprawione zdjęcie uczniów szkoły, które jakimś dziwnym zrządzeniem losu przetrwało wojnę i zniszczenie...