Archiwum bloga

poniedziałek, 16 marca 2026

Powrót Mosze Borgera

 







Autorka plakatu: Iwona Groele MHR Pałacyk Obroskich



Mosze i inni Mielczanie (od lewej Cześka Eisg, Helena Schreiber z domu Honig) podczas prezentacji modelu mieleckiej synagogi.


Są takie zbiegi okoliczności, które przypominają wyrafinowany plan – napisał Andrzej Stasiuk.

 

Gdyby Scott Genzer wiedział, że istnieje tłumaczenie dziennika Mosze Borgera na język angielski, ominęłaby mnie jedna z największych przygód życia. Scott poprosił o przepisanie dziennika do pliku tekstowego, tak aby za pomocą translatora móc go później przetłumaczyć. Zgodziłam się. Przepisywałam dziennik przez okres  trzech miesiący, zachwycając się nastolatkiem z Mielca, który opisywał swoją codzienność w latach 1937 – 1939. Zachwyciłam się jego nienaganną polszczyzną, dojrzałością, przenikliwością, znajomością  sytuacji geopolitycznej i trzeźwą oceną tego co dzieje się na świecie…. Porywały mnie jego miłosne przygody. Wpadłam po uszy.

Prezentowałam fragmenty dziennika na facebookowej grupie Mayn Shtetele Mielec. Żywo dyskutowaliśmy o przypadkach Mosze Borgera. Kiedy umieszczałam w grupie ostatni fragment… czułam duży smutek. Między mną, a chłopakiem z przedwojennego sztetla wytworzył się jakiś rodzaj relacji. Myślałam, że to już koniec mojej przygody pod tytułem Mosze Borger, ale jak się okazało to historia z gatunku tych nigdy nie kończących się…


Mosze z kolegami, Mielec ulica Kolejowa, od prawej Josek Fleischer, Mosze, Ascher Keller, Markus Schreier, NN

 

Po jakimś czasie postanowiłam napisać o Mosze tekst z zamiarem umieszczenia go na blogu. Jeden z moich kolegów,  powiedział: jak chcesz o nim pisać, skoro nie wiesz co się działo z nim po wojnie…? Nie wiesz czy się ożenił, czy miał dzieci.

Miał rację. Pomyślałam, że bez tej wiedzy, tekst będzie niekompletny.

Nie wiedziałam czy Mosze miał dzieci, wnuki, nie wiedziałam czym się zajmował po wojnie. Nie wiedziałam nic.

Ale udało się! "Chwila" poszukiwań i już wiedziałam, że Mosze miał córkę i trójkę wnuków. W ten sposób poznałam wnuczkę Mosze – Ofirę Borger Nathan Sabban, a stało się to dzięki drzewu genealogicznemu zbudowanemu przez prawnuczkę ciotki Mosze Szajndli, Miriam Lampert. Drzewo znalazłam na którymś z genealogicznych portali. Cóż to była za radość kiedy Miriam odpisała na mój e -mail, a konsekwencją tego był późniejszy kontakt z Ofirą.



Mosze z córką i kuzynem Jakobem (Jackiem) i jego córką Tiną

 


Mosze z rodziną

Mosze z żoną

 

Rodzinne święto Sukkot


Wymieniłyśmy się wieloma informacjami, dopingowałyśmy  w poszukiwaniach. Uzupełniłyśmy sobie nawzajem historię Mosze Borgera.

 

    Kiedy odnalazłam Ofirę, był rok 2022. Musiało minąć kilka lat zanim nabrałam przekonania, ale przede wszystkim  odwagi, aby opowiedzieć o Mosze szerszej publiczności. Nie lubię publicznych wystąpień, więc było to dla mnie wyzwanie. Ale klamka zapadła, dyrektor mieleckiego Muzeum Jerzy Skrzypczak przystał na pomysł od razu, wyznaczyliśmy termin, napisałam o swoich planach do Ofiry.

Szybko dostałam nieoczekiwaną i cudowną wiadomość, Ofira oznajmiła mi, że wraz z bratem Shimonem chcą przyjechać do Mielca.

Kiedy Dyrektor Muzeum zapytał jak chce zatytułować spotkanie, bez chwili wahania odpowiedziałam: I była miłość w sztetlu. Dziennik Mosze Borgera.

Tak zawsze myślałam o dzienniku Mosze.

Zależało mi, aby to spotkanie podkreśliło „życie”, nie było jedynie opowieścią o Holokauście i zagładzie sztetla.

 

28 lutego – na tę datę zapowiedzieliśmy wydarzenie w Muzeum. Ofira i Shimon mieli przylecieć do Polski 27 lutego. Mocno trzymałam kciuki, aby się udało, znając dynamiczną sytuację na Bliskim Wschodzie. Kiedy Ofira napisała, że są w Mielcu – odetchnęłam. To był moment wzruszający – wnuki Mosze w Mielcu! Myślałam o tym, co czuli dojeżdżając, mijając tablicę z nazwą Mielec. Co czuli wjeżdżając do miasta o którym tyle słyszeli, ale w którym nigdy nie byli.

 

W sobotni szabasowy dzień umówiliśmy się na przedpołudniowy spacer śladami dziadka. Była piękna pogoda, zupełnie niezwykła jak na luty i wydawało się, że nic nie zmąci tego dobrze zapowiadającego się dnia. A jednak… Kilka chwil po przebudzeniu przeczytałam, że na Bliskim Wschodzie znowu rozpoczęła się wojna,  i już wiedziałam, że Ofira i jej brat będą mieli utrudniony powrót do domu. Zaczęłam gorączkowo myśleć co zrobić, jak im pomóc, kto może pomóc. Wtedy jak anioł zjawiła się moja znajoma, Ania Brzyska, pytając mnie w messnegerowej wiadomości czy w związku z sytuacją polityczną spotkanie się odbędzie, czy oni w ogóle przyjechali (Ania wybierała się na spotkanie do Mielca). Kiedy podzieliłam się z nią moimi obawami, natychmiast zaoferowała, że przyjmie gości w swoim domu, tak długo jak będzie trzeba (ostatecznie spędzili u Ani czas od niedzielnego popołudnia do wtorku, a w środę wylecieli z Warszawy do Egiptu, a stamtąd drogą lądową do Jerozolimy).

Powróćmy jednak do sobotniego przedpołudnia.







Uspokojona przez Anię z ekscytacją czekam  na gości, w miejscu gdzie się zatrzymali. To tuż nad Wisłoką, którą tak wspominał dziadek. Są ze mną Monika i Ania. Po chwili  nasi goście wychodzą. Wpadamy sobie w objęcia z Ofirą, ich przyjazd to dla mnie naprawdę ważny moment.

Ofira natychmiast wyciąga z plecaka książki, które przywiozła ze sobą i pokazuje nam: Remembering Mielec, wydawnictwo, które znam, ale którego nie widziałam nigdy w oryginalnej wersji oraz książkę, którą wydał jej dziadek  - wspomnienie z Mielca. Obydwie pozycje pożyczam sobie do Ofiry potem  wieczorem i w książce wydanej przez Mosze znajduje kilka zaskakujących zdjęć z osobami, które znam, zdjęć, których nigdy nie przedtem widziałam. Wysyłam je natychmiast do rodzin osób, które rozpoznałam. To bezcenne pamiątki.

Lutowe słońce nam sprzyja, grzeje zupełnie jakby nie było lutowym. Idziemy najpierw pod tablicę poświęconą żydowskim mieszkańcom, potem do miejsca, gdzie stała synagoga, tam czekają na nas Halina i jej pies Bajka. Potem Rynek. Zatrzymujemy się na dłużej przed kamienicą Blattbergów, gdzie według rodzinnych wspomnień na piętrze znajdował się sztibl. Dlaczego to ważne? Szulim Blattberg był mężem ciotki Mosze Chai (zwanej przez rodzinę Chajcią, była siostrą mamy Mosze). Mosze w opisie do zdjęć pozostawionych w Yad Vashem często wspominał Blattbergów i czas spędzany w  ich gospodarstwie pod Mielcem.






 

Rynek. 

A potem już wchodzimy w ulicę Legionów, tę którą tyle razy przemierzał Mosze, bo tutaj mieszkał. Robimy zdjęcie: Ofira z Shimonem pod tabliczką z napisem Ulica Legionów. Wzruszające.








Na tej ulicy mieszkał Mosze, mieszkała jego miłość Ruchcia Balsam, mieszkał jego przyjaciel Josek Fleischer…Tutaj był cheder do którego chodził Mosze, tu była gmina żydowska, a w czasie wojny Judenrat – żydowska Rada.

Ulica Legionów przed wojną, ze zbiorów MHR Jadernówka




 

Podchodzimy pod mały, biały dom. Bardzo długo nie wiedzieliśmy, w którym domu mieszkał Mosze, ale nadszedł taki dzień, kiedy przyglądnęłam się bardzo dokładnie kolekcji Mosze dostępnej na stronie Yad Vashem. Zwróciłam uwagę na zdjęcie, gdzie widoczny jest fragment domu, a w podpisie Mosze oznajmia, że stoją przed domem,  w którym jego tata wynajmował mieszkanie od Gabriela Kawy. Szybko otwieram mapę google i przekonuję się, że dom nadal stoi. Oglądam jeszcze inne zdjęcia z kolekcji Mosze między innymi to na którym jego elegancko ubrana siostra  stoi przed furtką domu i jestem pewna w 100 procentach, że znalazłam dom Mosze.

 

W swojej książce dotyczącej Mielca, zaprzyjaźniona z Mosze Rochelle Seidel napisała:

 

Mosze Borger również 9 marca 1942 był poza Mielcem, ale posiada on niezwykłe dokumenty odnoszące się do niektórych osób deportowanych z Mielca do dystryktu lubelskiego. Wśród nich są członkowie jego rodziny, w tym jego siostry, Sala i Feiga, wysłane do Dubienki. W czasie przed deportacją, gdy krążyły o tym plotki, niektórzy mieleccy Żydzi podchodzili do pana Lecznara, aby ukryć się w jego posiadłościach. Sprawiedliwy człowiek, organista w mieleckim kościele mógł ukryć i przechować trochę rzeczy należących do niektórych deportowanych mieleckich Żydów. Gdy ofiary oczekiwały w dystrykcie lubelskim [na swój los], w nędzy i głodzie, pisały do niego prosząc, aby sprzedawał niektóre rzeczy należące do nich i przysyłał im pieniądze na niezbędne wydatki. Wykonywał to bardzo starannie, zawsze zachowując notatki z transakcji i upewniając się, że wysyła pieniądze poprzez wiarygodnych wysłanników.

Po II Wojnie Światowej pan Lecznar przekazał panu Borgerowi korespondencję między nim a deportowanymi, wraz z przekazami pocztowymi i notatkami, jakie zrobił w związku z wszystkimi transakcjami. Dokumenty te dają realny wgląd w życie mieleckich deportowanych w dystrykcie lubelskim i dowodzą, że niektóre osoby zostały zamordowane później, niż większość źródeł uważa.

Przykładowe listy i pokwitowania pocztowe które zachował Lecznar dają świadectwo jaką nędzę deportowani musieli cierpieć oraz pokazują życzliwość pana Lecznara i jego żony. Lecznarowie korespondowali i pomagali nie tylko deportowanym do dystryktu lubelskiego ale również niektórym mieleckim Żydom ukrywającym się w pobliskim Połańcu. Ciotka Mosze Borgera, Chajcia Blattberg, pisała z Połańca, w niedatowanym liście do pani Lecznar, o tym, że martwi się o swoje siostrzenice przebywające w dystrykcie lubelskim. Data na załączniku do tego listu wskazuje, że był on napisany w maju 1942.

 


Kolekcja Mosze w YV

Przez długi czas w świadomości Mielczan zainteresowanych historią mieleckich Żydów małżeństwo, które pomagało Żydom nosiło nazwisko Lecznar. Dlaczego? A to dlatego, że tak w kolekcji w Yad Vashem opisał to Mosze (widocznie nie posiadał maszyny z polską czcionką, bo i skąd ją miał mieć). Tak przepisała to w swojej książce Rochelle Saidel, a potem Andrzej Krempa.  Listy zaczęły funkcjonować pod nazwą Listy Lecznarów.

Nikt nie wpadł na pomysł aby przyjrzeć się dokładniej dokumentom na których nazwisko było widoczne. Dopiero po jakiejś dyskusji w grupie Mayn Shtetele Mielec, doszliśmy do wniosku, że pisownia  nazwiska to z całą pewnością  nie Lecznar, a  Łęczner.






List Feigi i Sali
Tłumaczenie listu na j. angielski



Szukałam ich. Szukałam Izabeli i Gabriela (tak podpisywali się na przekazach pocztowych za pomocą których wysyłali żydowskim znajomym pieniądze, co ciekawe były one wysyłane z innych miejscowości, zapewne z ostrożności).  Szukałam. Ale nic. Jak się potem okazało małżonka Gabriela miała na imię Stefania, nie Izabela. 

Ale po kolei.

Któregoś dnia Ofira pokazała mi jeden z listów ze zbiorów jej dziadka i zapytała czy wiem od kogo dziadek otrzymał ten list. Człowiek podpisywał się imieniem Bartek, a nazywał się Miczulski. Nic mi to nie mówiło, ale zaczęłam szukać. I tak po nitce do kłębka… Bartłomiej Miczulski okazał się być zięciem Łęcznerów. Izabela  nie była żoną Gabriela, a jego córką, późniejszą żoną Miczulskiego. Małżeństwo miało dwie córki. Udało mi się dotrzeć do jednej z nich i dowiedziałam się wielu faktów o jej dziadkach, Gabrielu i Stefanii.

Gabriel był z wykształcenia muzykiem. Przez jakiś czas był organistą. W domu podobno był fortepian. Nie pochodził z Mielca. Z żoną poznali się w Nisku.

 

Stefania Wiktoria – tak brzmiały imiona małżonki Gabriela, a Łęczner było jej rodowym nazwiskiem. Gabriel nazywał się Kawa i w 1938 roku przyjął nazwisko żony (dlatego Mosze pisał o nim Kawa).

Mieszkali na Legionów w Mielcu. Dzięki nim przetrwał dziennik Mosze, przeróżnymi sposobami wysyłany do Ameryki wiele lat po wojnie, aby dotarł do właściciela bez niespodzianek (z tego co opowiadała mi wnuczka Łęcznerów, dziennik zabrał jakiś znajomy naukowiec jadący w celach naukowych do USA). Dzięki nim przetrwały szabasowe świeczniki babci Malki (po wojnie starannie pakowane i wysyłane do Ameryki, co dobrze pamięta wnuczka Łęcznerów). Dzięki nim przetrwały rodzinne zdjęcia.

Łęcznerowie w czasie wojny pomagali wielu Żydom. Między innymi siostrom Mosze deportowanym do Dubienki. Oni, ich córki i zięć Franciszek Miernik. To do nich listy pisała Chaja Blattberg, ciocia Mosze.

Gabriel w czasie I wojny światowej walczył we Włoszech. Budując dom zastosował kilka włoskich rozwiązań.  Łęcznerowie wyprowadzili się z niego na przełomie lat 50/60 XX wieku, Gabriel zachorował i pojechali do córki Izabeli, do Lublina.

Mieli córki:  Izabelę  o której już wspominałam i Stefanię (bezdzietną).  Przez jakiś czas mieszkała na Legionów, podobno była malarką.

Izabela pracowała na uczelni w Lublinie. Poznała rok od niej starszego (rocznik 1920) Bartłomieja Miczulskiego. Bartłomiej spędził dzieciństwo w Muszynie. Z wykształcenia był agrotechnikiem.  Został profesorem.

Przez długie lata korespondowali  z Mosze. Obydwaj przyszli na świat w tym samym roku 1920, w tym samym miesiącu, Mosze 3 a Bartłomiej 30 lipca, obydwaj zmarli w 2014 (Mosze 8 czerwca, a Bartłomiej 18 czerwca).

Drogi Moniek, Lublin,                                                                      29 stycznia 2013 

Właśnie otrzymałem Twój list do Janet, więc go przeczytałem i cieszę się, że Twoje zdrowie jest OK. Moje zdrowie też jest ok, głowa dzięki Bogu pracuje, jeszcze chodzę na spacer krótki w towarzystwie córki A. lub innej osoby. A. mieszka w Lublinie i opiekuje się mną troskliwie. Czasem odwiedza mnie druga córeczka, mieszkająca w Krakowie. Teraz jest u mniej jej syn, czyli mój wnuczek, wyprowadza mnie na spacer zimowy, u nas teraz w pełni zima, trochę mroźna i śnieżna. Życzę Ci dobrego zdrowia i załączam ciekawy artykuł z wczorajszej gazety.

Bartek

Z zachowanych przez Ofirę listów wynika, że Bartek nie był jedyną osobą z Polski z którą korespondował Mosze. Pomagał też swoim znajomym finansowo.

Musiała to być pomoc wydatna, bo znajomemu z Katowic sfinansował operację.

W czasie pobytu w Mielcu Ofira pokazuje mi oryginały kartek pocztowych przysyłanych do Mosze z Polski.

Wnuczka Łęcznerów gościła w latach 70. XX wieku u Borgerów w Ameryce. Ich dom wspomina jako niezwykle ciepły. Frieda, żona Mosze, z wykształcenia muzyczka, zabierała ją na koncerty i do muzeów.

 

    Zatem stoimy przed dawnym domem Łęcznerów. Dom  niedawno został odnowiony. Wstawione są nowe okna, ale na balkonie zachowana jest oryginalna, przedwojenna balustrada. To właśnie na piętrze mieszkał Szymon Salpeter, ojciec Mosze, ze swoją rodziną. Obchodzimy dom dookoła, dzwonię, bo myślę, że Ofirze i Shimonowi byłoby miło, gdyby mogli wejść na podwórko. Nikt jednak nie otwiera. Szkoda…

 

Na ulicy w samochodzie siedzi starsze małżeństwo. Przyglądają się nam bacznie, w końcu pytają nas co robimy. Wyjaśniam kim są Ofira i Shimon. Mężczyzna mówi śmiejąc się: zabierzcie ten dom i wskazuje niezbyt ładny budynek naprzeciwko domu, w którym mieszkał Mosze.

Odpowiadamy, że niczego nie chcemy zabierać, Ofira śmieje się i mówi: mamy ładniejsze domy w Izraelu.

Opowiada też nam, że dziadek nie wziął nawet odszkodowania od Niemców.

 

Idziemy jeszcze pod piękny, monumentalny budynek Gimnazjum. Tutaj uczył się Mosze.



Opowiadamy sobie dużo podczas tego spaceru.

Dochodzimy w okolice Rynku, ja i Monika żegnamy się z Ofirą i Shimonem, Monika ma obowiązki, a ja muszę się jeszcze przygotować do spotkania w Muzeum.

Ania zabiera gości na dalszy spacer.

 

               Do Muzeum przyjeżdżamy z Moniką dużo wcześniej. Trzeba się przygotować. Trzeba porozkładać poczęstunek. Długo przygotowywałam się do tego wydarzenia pisząc scenariusz, obmyślając plan, wybierając fragmenty dziennika do przeczytania, robiąc prezentację. Chciałam żeby uczestnicy mogli zakosztować specjałów z Izraela. Zawiódł mnie niestety sprzedawca z koszernego sklepu w Warszawie. Dużo by opowiadać:). Miałam jednak plan awaryjny. Chałwę kupiłam gdzie indziej, izraelskie soki też. Koszerna maca pochodziła z mojego osiedlowego sklepu, a chałka z mieleckiej piekarni. Monika i Halina rozkładają smakołyki.






Wymyśliłam, że spotkanie będzie składało się z dwóch części.

W pierwszej opowiem o Mosze i pokażę zdjęcia,  a uczeń mieleckiego II Liceum Ogólnokształcącego, aktor amator Szymon Weryński przeczyta fragmenty dziennika Mosze, w drugiej o dziadku opowiedzą Ofira i Shimon (na tę okoliczność Ofira przygotowała piękną prezentację). I że będzie przerwa podczas której będzie można degustować i napić się kawy.

Wszystko gotowe. Pytam Szymona, czy się stresuje, odpowiada, że trochę, ale to pozytywny stres. Chyba czuję podobnie.

Powoli schodzą się uczestnicy spotkania. Zaczynam się martwić. Jest 16.45 a Ofiry i Shimona nie ma (mieli być o 16.30), wychodzimy z Moniką przed budynek, chodzę nerwowo po parku, zbliża się czas rozpoczęcia spotkania, a ich wciąż nie ma. Zastanawiam się co mogło się stać? Przecież wiedzieli gdzie jest Muzeum, nie mogli zabłądzić, z miejsca ich zakwaterowania droga jest prosta. Mieli przyjść na piechotę, w czasie szabasu nie wolno im jeździć autem.

Nerwy.

Jest pewnie jakaś 16.58  kiedy widzę ich na parkowej alejce. Uśmiecham się. Iwona, pracująca w Muzeum mówi: no proszę jaki uśmiech od razu….

Tak, uśmiech ulgi.

Jak się potem okazało, zmęczeni trudami podróży poprzedniego dnia i  dzisiejszym spacerem, Ofira i Shimon usnęli… a że w czasie szabasu nie używają telefonów, nie mogli  nastawić budzika.

Może jednak czuwał dziadek Mosze? Na takie wydarzenie nie mogli się przecież spóźnić.











I już podróżujemy wszyscy wspólnie do przedwojennego sztetla. Jest tak jak chciałam, płynie opowieść o mieleckim nastolatku, ale przy okazji o mieście w którym mieszkał, o   miłościach Mosze,  jego rozterkach, marzeniach, planach i o tym jak wszystko to zniszczyła wojna. Szymon pięknie czyta fragmenty dziennika.

Przerwa. Już po spotkaniu widzę, że prawie wszystko zniknęło ze stołu i to co ja przygotowałam i to co ze swojej strony przygotowało Muzeum. Dobrze. Znaczy się, że smakowało.



















 

Drugą część spotkania zaczynam od opowieści o tym jak Mosze spotkał dr Rochelle Saidel i dzięki temu powstała książka o Mielcu a kolekcja Mosze znalazła się w Yad Vashem. Potem pytam Ofirę o świeczniki na zdjęciach, o pamiątkową tablicę w ogrodach Jerozolimy, a potem ona opowiada o dziadku. Czasem włącza się Shimon. Oglądamy wiele zdjęć. Są wzruszające. Z angielskiego tłumaczy Monika. To ważna część spotkania, nikt nie znał i nie pamięta Mosze tak dobrze jak jego wnuki. Z opowieści wyjania się postać osoby wyjątkowej.



 



Bogdan pyta Ofirę jak myśli, co powiedziałby Mosze na to dzisiejsze wydarzenie?

Hm… ja myślę, znając jego miłość i przywiązanie do Mielca, że byłby szczęśliwy ale też zdziwiony tym jakiego zamieszania "narobił". Jestem pewna, że byłby szczęśliwy widząc swoje wnuki chodzące jego śladami.

 

Marta dziękuje za spotkanie i wręcza nam po róży. Miły gest.

 Monika, Szymon i ja dostajemy prezenty od Ofiry i Shimona.


    Pisząc te słowa wzruszam się na samo wspomnienie. Wiem, że ten wieczór już ze mną zostanie na zawsze, w pamięci, jako coś  wyjątkowego, co wydarzyło się w moim życiu.

 

Szkoda, że zupełnie zignorowały go mieleckie media.

Jakby nikogo nie obchodziło kilkaset lat wspólnej historii, bo przecież o tym było to spotkanie - o wspólnej historii. 

 Szkoda…

 

               Niedziela jest dniem odwiedzania cmentarzy i miejsc pamięci. Nie wiem gdzie spoczywa babcia Małka i jej syn, tata Mosze Szymon Salpeter. To albo cmentarz przy Traugutta, albo mogiła zbiorowa na Świerkowej albo … Lasek Berdechowski. Na Traugutta i Świerkowej Shimon odmawia kadisz, zapalają też z Ofirą specjalne świece przywiezione z Izraela.

 






















Nie wiem gdzie spoczywa mama Mosze (zmarła kiedy miał 3 lata, przed wojną). To może być cmentarz przy dzisiejszej Jadernych (ale jak wiemy wiele szczątek stamtąd wykopano i w tej chwili leżą w mogile zbiorowej na cmentarzu przy ulicy Rybackiej w Nowym Sączu), ale bardziej prawdopodobny jest cmentarz tak zwany choleryczny. Nie ma po nim śladu. Nawet żadnej pamiątkowej tablicy. Oglądamy miejsce z okien samochodu.

 

               Shimon opowiada, że dziadek uwielbiał tańczyć. Przypominam sobie przekaz, że tańca uczyła Mosze nauczycielka z gimnazjum. 

Dwa ostatnie lata życia Mosze spędził na wózku inwalidzkim. Nie był potulny i spokojny. Jego ciekawość świata wciąż była taka sama – wnuki musiały wszędzie go wozić.




Kiedy nastała era Internetu, Ofira pokazała dziadkowi wyszukiwarkę i objaśniła jak działa. Pierwsze słowo, które w nią wpisał to była nazwa Mielec.

 

Na pogrzeb dziadka przyszły prawie same kobiety – powie nam Shimon – mnóstwo kobiet. Czasem myślę, że był innym Mosze dla mężczyzn, a innym dla kobiet…

 

Uśmiechamy się. Cały Mosze.


Trzeba się żegnać.

To dla Ofiry i Shimona będzie długa droga do domu. Jadą tam, gdzie chciał mieszkać Mosze, ale przez długie lata nie było mu to dane.  To była dla niego również długa droga. Zamieszkał w Izraelu pod koniec swojego życia.



 

 

Dziękuję wszystkim dzięki którym odbyło się to spotkanie.

Dyrektorowi Muzeum Historii Regionalnej Pałacyk Oborskich w Mielcu Jerzemu Skrzypczakowi, pracownikom Muzeum, wszystkim którzy mi pomogli: Monice Występek, Ani Stąpor, Halinie Pado, Krzysztofowi Widurkowi,  Stanisławowi Wanatowiczowi, Markowi Skowrońskiemu.

Dziękuję Monice Występek za pełnienie roli tlumaczki podczas spotkania w Muzeum i nie tylko podczas spotkania, a Szymonowi Weryńskiemu  za przeczytanie fragmentów dziennika Mosze z uczuciem i  ogromnym talentem.

Dziękuję Ani i Bogdanowi Brzyskim za goszczenie Ofiry i Shimona w swoim domu pod Krakowem.

 

Dziękuję dr Rochelle Saidel za podzielenie się wspomnieniem o Mosze.


Mosze i dr Rochelle Saidel

 


Dziękuję uczestnikom spotkania, że zechcieli posłuchać opowieści o Mosze.

 

Dziękuję Ofirze i Shimonowi, że przylecieli aż z Izraela.

 

Dziękuję Mosze Borgerowi za to, że BYŁ.

Dziękuję mu  za to, że wciąż jest obecny w moim życiu.




O Mosze można przeczytać tutaj:

 

https://maynshtetelemielec.blogspot.com/2022/11/twarze-mieleckiego-sztetla-mosze-borger.html

 

 Zdjęcia: zbiory prywatne Ofiry Borger, MHR Pałacyk Oborskich, Ania Stąpor, Monika Występek, dr Rochelle Saidel, MHF Jadernowka w Mielcu, kolekcja Mosze Borgera - Yad Vashem 





 Mosze z wnukiem Shimonem

 

 









Powrót Mosze Borgera

  Autorka plakatu: Iwona Groele MHR Pałacyk Obroskich Mosze i inni Mielczanie (od lewej Cześka Eisg, Helena Schreiber z domu Honig) podczas ...