czwartek, 30 września 2021

Sprawiedliwi i nie tylko ziemi mieleckiej i okolic, Włodek Gąsiewski, recenzja książki.




W wrześniu 2021 roku ukazała się książka autorstwa Włodka Gąsiewskiego, pod tytułem Sprawiedliwi i nie tylko, ziemi mieleckiej i okolic.

Mam pewne podejrzenie, że Waldemar Skowron jest jednym z pierwszych mielczan, którzy książkę przeczytali.

Waldemar zgodził się podzielić swoimi wrażeniami po lekturze. Jego opinia jest tym bardziej cenna, że jest prawdziwą skarbnicą wiedzy na temat Mielca. Wiele opowieści wojennych usłyszał od swojego taty.

Waldemar mieszkał kiedyś w Mielcu na ulicy Kilińskiego, a na ulicy Sobieskiego obok Państwa Busiów, którzy są również bohaterami książki, mieszkał jego dziadek.

Irenę Buś (Itę Weissman) miał okazję znać, ponieważ syn Ireny, Olek był szkolnym kolegą Waldemara, a nawet siedzieli w jednej ławce.

„ Panią Busiową znałem, bywałem u nich w domu. Pani Busiowa pracowała w sklepie tekstylnym, wracała około 18 do domu”.

 

 

Oddajmy głos Waldemarowi. Oto co powiedział mi na temat wspomnianej powyżej książki:

 

„ Jest to rzetelnie przygotowane opracowanie, wywiady z okresu okupacji Polski przez hitlerowskie Niemcy. Dotyczy prześladowania i eksterminacji Żydów w Mielcu i okolicy. Autor dotarł do osób ukrywanych i tych, które ukrywały, do Polaków i Żydów.

Polakom jak wiadomo za ukrywanie Żydów groziła śmierć,  w żadnym innym państwie nie obowiązywała taka kara. Mordowano całe rodziny, u których znaleziono Żydów.

Wszystko odbywało się w dużej konspiracji; organizowanie podawania posiłków, załatwianie potrzeb fizjologicznych, tak aby postronne osoby nie zorientowały się.

Samo gotowanie większej ilości jedzenia lub pieczenie chleba mogło wzbudzić podejrzenia wśród sąsiadów, podczas wojny często odwiedzali się nawzajem rozmawiając o sytuacji wojennej.

            Tomasz Buś ukrywał w Mielcu młodą Żydówkę  Itę Weissman (rodzice Ity zginęli w Bełżcu, Tomasz ożenił się po wojnie z Itą, która przyjęła imię Irena). Bywały takie momenty, że tracił ją z oczu, i musiał poszukiwać po całej okolicy. Nie było to łatwe zadanie. Dociekliwość i upór oraz łapówki pozwoliły mu na uwolnienie i powrót do Mielca i ponowne ukrywanie Ity już w samym Mielcu. Schronienie rodzinie Busiów w swoim małym domku dała Pani Sieroniowa. Pozwoliła na ukrywanie się dwóch Żydówek. Również rodzina Podolskich mieszkających 5 metrów od drewutni, gdzie ukrywała się młoda Ita, pomogła. O ukrywaniu Ity doniósł sąsiad Sieroniowej, mieszkający 20 metrów od jej domu.

            11 letnia Irene Eber nie uzyskała pomocy od rodziny w Chrząstowie, pomimo tego, że jej matka zdeponowała u nich pieniądze i biżuterie. W zimową noc, zmarznięta i przemoknięta, poszczuta psami, szczęśliwie dotarła do Mielca i u obcych ludzi, w komórce przetrwała 22 miesiące do wyzwolenia.

Wszyscy wtajemniczeni współpracowali w ukrywaniu i przekwaterowywaniu tych żydowskich rodzin. Nie wszystkim udało się szczęśliwie przeżyć, ci u których znaleziono ukrywających się Żydów byli rozstrzelani i pochowani w jednej mogile.

O powojennych losach osób, których los tak połączył w tych okrutnych czasach zapraszam do przeczytania w książce Włodka Gąsiewskiego, którą można nabyć w galerii na ulicy Sobieskiego 1 oraz w księgarni przy Alei Niepodległości”.

Waldemar Skowron


Opracowała: Izabela Sekulska

iskabelamalecka@gmail.com

www.mayn.shtetele. mielec.pl




 

wtorek, 28 września 2021

Pamięć. Mayn Shtetele Mielec


 Luty 2020 roku, Pani Bogumiła Gajowiec i autorka tekstu.

Pamieć.

Mayn Shtetele Mielec.

 

 

Przed wybuchem II wojny światowej w Mielcu mieszkało ponad 5 tys. Żydów. Stanowili oni połowę populacji miasta.

Dziś mało kto w Mielcu o tym wie.

„Zniknęli” z miasta 9 marca 1942 r. Tym samym, Mielec stał się pierwszym miastem w Generalnej Guberni wolnym od Żydów.

- Prawie wszystkie sklepy w Mielcu były żydowskie. Cała ulica Sandomierska była żydowska, cały Rynek – wspomina Pani Bogumiła, rocznik 1934.

Jak podaje Wirtualny Sztetl – najstarsza wzmianka o Żydach mieszkających w Mielcu pochodzi z 1573 roku. Było to małżeństwo Barbara i Izrael.

 

 

Kto w Mielcu pamięta jeszcze Żydów? – to pierwsze  pytanie.

Kto pamięta dziś w Mielcu o Żydach? – to pytanie drugie.

 

Szukam odpowiedzi.

 

Ja rocznik 1972 dowiaduję się, że w Mielcu byli Żydzi, że była synagoga, że ją spalono,  dopiero jakieś 3 lata temu. Jestem dotknięta niepamięcią jak większość polskiego społeczeństwa. To budzi dyskomfort. To rodzi poczucie wstydu. Uwiera. Każe podjąć jakieś działania. Nikt z rodziny mi o tym nie opowiadał, nie opowiadał nikt w szkole.

Dlaczego? Ciągle po głowie krąży to pytanie.

Pani Bogumiła kilkakrotnie w czasie rozmowy  powtarza jak mantrę:

- Boją się. Mieszkają w pożydowskich domach.

Tak, to jest zjawisko występujące w całej Polsce. Kiedy wędruję po kraju oglądając żydowskie cmentarze, synagogi często w ruinie, zdarza się, że towarzyszą mi bardzo ciekawskie, a czasem i niechętne spojrzenia.

 Przypomina mi się opowieść Mikołaja Łozińskiego ze spotkania autorskiego w Tarnowie. Łoziński napisał przepiękną powieść pod tytułem „Stramer”, której akcja rozgrywa się w głównej mierze w Tarnowie. Opowiada w niej o swoich żydowskich przodkach. Podczas pobytu w Tarnowie próbował   dostać się na podwórko kamienicy, w której mieszkał jego dziadek. Nie został wpuszczony przez właścicielkę. Z uśmiechem na ustach powiedział: moi pradziadkowie nie byli właścicielami kamienicy, oni wynajmowali tam tylko jeden pokój.

            Próbuję sobie wyobrazić „dzień po” w Mielcu. Dzień po 9 marca 1942 roku.  Od  wielu lat miasto zamieszkują Żydzi. Zaludniają ulice, chodzą w swoich charakterystycznych ubraniach, ci, którzy są ortodoksyjni modlą się w synagodze; prowadzą wiele sklepów i warsztatów, dzieci chodzą do chederu.

I nadchodzi 9 marca 1942 roku. Jednego dnia znika pół miasta.  Niemcy wysiedlają wszystkich Żydów. Prowadzą ich na lotnisko w Chorzelowie, po drodze kilkuset rozstrzelają. Część trafia do obozu pracy. Reszta jest przetrzymywana w lotniskowych hangarach, po czym skierowana do gett na terenie zamojszczyzny i lubelszczyzny. Potem są już tylko Obozy Zagłady. Głównie Bełżec.

Zatem 9 marca 1942 roku już przed południem robi się w mieście bardzo pusto. Czy ta pustka dotyka chrześcijańskich mieszkańców miasta? Czy są przerażeni, a może są zadowoleni? Ciągle myślę jak to jest wyjść do miasta… z którego zniknęła połowa mieszkańców? Chodzić tymi opustoszałymi ulicami. Zastać zamknięte sklepy. Jakie to uczucie?

- Po żydowskie meble przyjechały całe karawany wozów chłopskich z podmieleckich wsimówi Pani Bogumiłanarzekali, że brudne te meble, że insekty, bo to były meble po biednych Żydach. Wywozili wszystko. Ci ze wsi, potem też zajmowali żydowskie kamienice.

Kiedy wybuchła wojna Pani Bogumiła była małą dziewczynką. Nie było jej w mieście kiedy płonęła synagoga (13 września 1939 roku). Uciekli z całą rodziną na wieś, tuż przed wysadzeniem mostu. Pamięta, że noc ucieczki była straszna. Czy pamięta tę spaloną synagogę, kiedy już wrócili do Mielca?

Tak, pamięta. Mówi mi, że w niej spalono tych Żydów, którzy odbywali kąpiel w rytualnej mykwie. Kilkadziesiąt ofiar. Jeden z pierwszych takich aktów bestialstwa wobec Żydów na ziemiach polskich po wkroczeniu okupanta.

            Zastanawiam się często jak wyglądał mielecki sztetl? Mayn Shtetele Mielec. Przybliżyła go  ubiegłoroczna i przepiękna  wystawa w Muzeum Fotografii „Jadernówka” w Mielcu.

Wystawa cieszyła się sporym powodzeniem. Usłyszałam od jednego z mielczan, że na otwarcie wystawy połowa ludzi przyszła zobaczyć zdjęcia, druga połowa przyszła tylko po to żeby zobaczyć kto te zdjęcia przyszedł oglądać. Prawda to? Być może.

Zatem Sztetl. Z synagogą, mykwą, rytualną rzeźnią, chederem, szkołą barona Hirscha, żydowskimi sklepami i klubami sportowymi.

- Na Starówce nie było kanalizacji – wspomina Pani Bogumiła – rodzice opowiadali, że Żydzi wylewali mocz przez okna zawsze wcześniej ostrzegając. W sobotę był szabas więc żydowskie dzieci nie przychodziły do szkoły.

Galicyjscy Żydzi jeśli chcieli mieć posady państwowe musieli się przechrzcić. Byli tacy w Mielcu.

- A zna Pani Olę Korczak? – słyszę pytanie. Pytanie pada podczas rozmowy kilkakrotnie. Zastanawiam się „dlaczego?”. Kim dla Pani Bogumiły była Ola Korczak, że tak intensywnie o niej myśli. Tajemnica wyjaśnia się w dalszej części rozmowy.

Ola była uczennicą Pani Bogumiły, bo Pani Bogumiła po krakowskich studiach wróciła do Mielca i została nauczycielką.

Ola miała matkę Żydówkę i ojca Polaka. Mąż Polak  - to ją ocaliło przed Holokaustem. Przeżyła, ale po wojnie wyjechała za granicę i zostawiła  Olę. Pani Bogumiła kilka razy powtarza ze smutkiem, że matka zostawiła Olę. To jest właśnie chyba to co tak bardzo ją w historii Oli porusza. Dziewczynka porzucona przez matkę.

Wszyscy w szkole wiedzieli, że Ola jest Żydówką. Pytam czy z tego tytułu spotykały Olę w szkole jakieś nieprzyjemności?

- Nie – pada odpowiedź.

I jeszcze wspomnienie co do urody Oli. Ola nie była zbyt ładna. Po ojcu. Bo jej matka była bardzo ładna.

- Żydzi mało rozmawiali z katolikami . Nasz sąsiad zabraniał swoim dzieciom bawić się z nami.  Bał, że się zarażą naszą religią.

 Ale moi rodzice przyjaźnili się z Żydami.  Sara była bardzo dobra, ale jej mąż był dość wredny.

Przynosili nam swoje potrawy. Były pyszne. Na przykład karp po żydowsku i maca. Naszych nie jedli, bo nie były koszerne.

- Pamięta Pani nazwy tych potraw? – pytam.

- Nie, nie pamiętam.

- Może czulent?

- Tak, był czulent.

Mam wrażenie, że Pani Bogumiła uśmiecha się na wspomnienie czulentu.

- A czy wie Pani co to był szabes – goj? – pyta mnie moja rozmówczyni.

Uśmiecham się, ale to rodzaj śmiechu przez łzy.

-Tak, wiem. Nawet niedawno jedna z mielczanek  tak mnie nazwała. I nie było w tym nic pozytywnego… Nazwała mnie tak, bo mam zamiar podjąć się posprzątania żydowskich cmentarzy w Mielcu. Ten ktoś uznał, że działam na czyjeś zlecenie. Ktoś mi płaci. Żydzi najpewniej.

 

Pada nazwisko Mojżesza Weismanna. Z nim przyjaźnił się ojciec. Po chwili jednak Pani Bogumiła mówi, że nie jest pewna czy na pewno tak brzmiało nazwisko.

Pada nazwisko Musiał. To była Żydówka, która zmieniła wyznanie. Mąż ją ochronił. Wysłał do obozu pracy, pilnował by nic jej się nie stało. Mieszkała potem w Mielcu. Cała jej rodzina zginęła.

Pada nazwisko Busiowa. Słyszę je ostatnio dość często. Podobno to była ostatnia mielecka Żydówka. Tak mówią wszyscy.

 Historię Ireny Weissmann, bo tak nazywała się Busiowa zanim wyszła za mąż, poznaje dzięki książce Andrzeja Krempy „Zagłada Żydów Mieleckich”. Irena ukrywała się u Tomasza Busia przy ulicy Sobieskiego 21. Po przejściu frontu nadal nie czuła się bezpieczna. Została przewieziona wózkiem ręcznym przez kilkunastoletniego Tomasza Indyka do wsi Borek. Tam przez kilka tygodni pozostawała w ukryciu.

Pytam Panią Bogumiłę o jakieś pamiątki. Może ma zdjęcia z mieleckimi Żydami.

 - Nie, nikt takich zdjęć nie robił. Niebezpiecznie było pokazywać się z Żydami.

- Czy po wojnie były jakieś antysemickie ekscesy? – pytam.

Nie, nie pamięta. Przed wojną wie, że były.

Ale i po wojnie były. Ja to wiem.

Część z ocalonych Żydów powróciła do Mielca. Jak podaje Andrzej Krempa najobszerniejsza lista sporządzona przez Gminę Żydowską zawierała 183 nazwiska. W Mielcu nie znaleźli już swojego świata. Nie było synagogi, domów modlitw, nie mieli swoich mieszkań, warsztatów. Nawet nagrobki z cmentarza zostały zabrane przez Niemców do brukowania ulic i umacniania Wisłoki. Jak to było? Często zastanawiałam się jak to było, powrócić po strasznych wojennych przeżyciach  do swojego rodzinnego miasta i zastać  …. no właśnie co  zastać? Pustkę. Nie ma budynków. Te które ocalały, albo są w ruinie, albo zajmują je polscy sąsiedzi. Nie ma jednak przede wszystkim żydowskich braci i sióstr. Po prostu NIE MA.

Żeby zrozumieć jak bolesny był upadek żydowskiego świata dla powracających ocaleńców, warto sięgnąć po książkę Mordechaja Canina „Przez ruiny i zgliszcza. Podróż po 100 zgładzonych gminach żydowskich w Polsce”. Canin tę bolesną podróż odbył tuż po wojnie.

„Tak jak trudno jest pierwszy raz przyjść na grób rodziców, tak trudno przyjechać do swojego własnego zgładzonego miasteczka” – tymi słowami Canin rozpoczyna swoją opowieść o wizycie w rodzinnym Sokołowie Podlaskim.

„ Wydaje mi się, że zgłębiłem tę czarną otchłań do samego dna. Widziałem setki wariantów Zagłady, sto żydowskich gmin, jakich było wiele, podobnych do siebie, które stanowiły fundament życia żydowskiego narodu. Tysiąc lat snuły one na polskiej ziemi opowieść o cnotach i dobrych uczynkach. Dążeniu do zbawienia i duchowości, w czasie strasznej nocy jaką przyniósł polskim Żydom hitleryzm, legenda ta odeszła w nicość wraz z dymem krematoriów, tak jak cały święty naród polskich Żydów”.

25 października 1946 roku doszło w Mielcu do zajść antyżydowskich. Wywołało je dwóch mężczyzn. Chwilę potem znaleźli sojusznika w  stróżu powiatowego PPR w Mielcu Leonie Pieszkowie. Bili spotykanych Żydów. Dołączyło do nich około 20 osób wznoszących okrzyki „Żydzi biją katolików”.

Najprawdopodobniej właśnie te zajścia spowodowały to, że liczebność osób narodowości żydowskiej w Mielcu spadła drastycznie. Według spisu powszechnego z 2002 roku w powiecie mieleckim mieszkało od 2 - 5 osób, które deklarowały narodowość żydowską. Ten scenariusz powtarzał się w całej Polsce. Wielu Żydów wyjechało po pogromie kieleckim. Ze strachu.

Czy był po wojnie w Mielcu  ktoś kto tęsknił za nimi, kto wypatrywał ich powrotu? Czy ludziom w Mielcu było to obojętne? Dręczy mnie to pytanie.

- My wspominaliśmy, nasza rodzina, my czekaliśmy – opowiada Pani Bogumiła - Wielu się bało, że wrócą. Przecież pozajmowali ich domy. Sandomierska cała była kiedyś żydowska.

W tej opowieści pojawia się jesionka.

Jesionka  staje się  dla mnie symbolem. Symbolem przyzwoitości. Przyzwoitości, której tak w życiu oczekujemy i która podczas wojny, w stosunku do Żydów, nie była jednak powszechna i tak oczywista jak u Państwa Podolskich (tak nazywali  się rodzice Pani Bogumiły). Obecnie przyjęta narracja nakazuje nam wierzyć, że było inaczej, no przecież w Yad Vaszem najwięcej jest polskich drzewek.

Płynie opowieść.

Któregoś dnia do rodziców Pani Bogumiły przychodzą Żydzi – sąsiedzi. Zostawiają na przechowanie cały wór swoich rzeczy.  Zabierają go potem, po zapłaceniu jakichś pieniędzy Niemcom – mają nadzieję, że to ich uratuje.

Zostawiają tylko jesionkę męską i zegarek – budzik.

- Ta jesionka wisiała potem całe lata u nas w szafie – wspomina Pani Bogumiła – czekała.

Pamiętam ją jak wisiała.

Wisiała, aż do momentu kiedy zjadły ją mole.

 

Helena Honig, Żydówka, która wróciła do Mielca po wojnie wspomina:

Ale na ulicy nikt ze znajomych nie odpowiadał na nasze pozdrowienia. Kiedy moja dawna nauczycielka, której byłam ulubienicą, odwróciła głowę na mój widok, miałam łzy w oczach. Listonosz, który znał mnie od dziecka, patrzył w innym kierunku. Piekarz, u którego chciałam kupić chleb, powiedział bym przyszła nocą, aby sąsiedzi nie zobaczyli, że sprzedaje chleb Żydom1

 

Pytam Panią Bogumiłę czy próbowała rozmawiać o Żydach ze swoimi uczniami.

- No tak, przecież były lektury na przykład „Medaliony”.

- Ale czy o mieleckich Żydach Pani opowiadała?

- Tak, opowiadałam.

- Można było? Nie było to niebezpieczne?

- Można było.

Rzeczywiście można było? Czy moja rozmówczyni po prostu się nie bała? Nie wiem.

- Czy pamięta Pani ostateczną likwidację cmentarza żydowskiego na ulicy Jadernych?

W latach 60 ubiegłego wieku cmentarz żydowski na ul. Jadernych w Mielcu został zrównany z ziemią, koparki wykopały szczątki, które złożono do drewnianych skrzyń. Ostatecznie spoczęły one na cmentarzu w Nowym Sączu. Na miejscu cmentarza powstała poczta i park.

- Pamiętam jak w czasie wojny Niemcy zmuszali Polaków do wyrywania macew i wywożenia ich nad Wisłokę.  Po wojnie Żydzi próbowali zwozić te macewy z powrotem.

Ostatecznej likwidacji cmentarza nie pamięta. Wiele osób w Mielcu jednak pamięta tamten fakt.

Pani Beata Michońska, mielczanka opowiada mi:

W Mielcu mieszkam od 2 roku życia. Przez 30 lat mieszkałam na ul. Obrońców Pokoju, równoległej do ul. Jadernych. Ponieważ chyba nieczęsto bywałam w przedszkolu, mój Dziadek zabierał mnie na spacery po Mielcu. Znałam tylko Mielec do torów kolejowych, czyli do rampy, jak mówił Dziadek. Pewnego dnia (teraz wiem, że był to początek lat 60), zabrał mnie Dziadek na spacer. Nie poszliśmy daleko, tylko za róg naszej ulicy. I wtedy zobaczyłam góry żółtego piachu, jakieś doły, jacyś ludzie...była też w oddali jakaś koparka (chyba). Co jednak zapamiętałam najbardziej?  Drewnianą skrzynię, stała na tym piachu. Podeszliśmy całkiem blisko...w tej skrzyni były kości, żółte, brązowe. Wtedy Dziadek powiedział - "to są ludzkie kości, kości Żydów, bo tu gdzie kopią to był kirkut”.

Jako 4 letnie dziecko nie wiedziałam co to jest Żyd, co to jest kirkut ale wiedziałam, że kości były ludzkie. To wspomnienie zostało mi na całe życie, nie lubię chodzić na pocztę, którą wybudowano na miejscu cmentarza. Ta skrzynia z kośćmi została w mojej pamięci tak wyraźna, jakbym widziała ją wczoraj.

 

 

 

Mam przygotowane pytanie do Pani Bogumiły: czy płacze Pani czasem po mieleckich Żydach?

Nie zadaję go jednak. Dlaczego? Chyba nie muszę. Chyba wiem, że tak. Jeśli ktoś wychował się w domu, gdzie latami w szafie czekała męska jesionka, płakał na pewno nie raz.

 

Co z tą pamięcią w Mielcu? Pamięcią o żydowskich sąsiadach, którzy kiedyś  żyli w tym mieście i je współtworzyli?

 

„ Czym są miejsca, które straciły pamięć? Które ludzka pamięć omija, których przestaje dotykać? I co to za pamięć marnotrawna, która buja w obłokach, zamiast opowiadać, przywoływać historie?

Miejsca, których nie otacza się troską, umierają. Dziwaczeją i dziczeją, porośnięte zielskiem zapomnienia” - pisze Monika Sznajderman w swojej znakomitej książce „Fałszerze pieprzu”.

Niepamięć to motyw przewodni książki.

Dotknęliśmy  naszych sąsiadów, z którymi tak mocno związała nas wspólna prawie tysiącletnia historia, tak ogromną niepamięcią, że staje się to wręcz niemożliwe do wyobrażenia.

Ta lektura uderza we mnie z ogromną siłą. Zmienia moje życie.  Od jej przeczytania słowo PAMIEĆ nabiera dla mnie innego znaczenia. Biorę sobie do serca imiona i nazwiska ofiar, ale również też miliony bezimiennych, których nazwisk nigdy nie poznam. Ich historie. I chcę je opowiadać.

Bo PAMIĘĆ. Pamięć staje się w moim życiu najważniejsza.

I dlatego rozmawiam z Panią Bogumiłą Gajowiec, emerytowaną i kochaną przez swoich uczniów mielecką nauczycielką, polonistką.

Ona jest Pamięcią. Spisuję to co mi powiedziała. Niech ta jej Pamięć zostanie. Na zawsze.

 

 

- Czy płaczesz czasem po  Żydach? – pytam Ewę, rocznik 1971 r. Ewa pochodzi spod Mielca, dzisiaj mieszka właśnie tutaj.

Oczy Ewy zaczynają się szklić. Nie musi odpowiadać – wiem, że tak. Wysłuchuję  kolejnej przejmującej opowieści.

Wychowałam się na filmach, w których bohaterami byli żołnierze radzieccy, na szeptanych faktach dotyczących 17 września, Katynia..... O Żydach w domu mówiło się niewiele.

Dowiedziałam się później, że była w mojej wsi bożnica, sklep Żyda, ten obok szkoły, że w lasku straszy bo tam leżą Żydzi. To ostatnie najbardziej docierało do świadomości dziecka. A i to, że przechowywał ktoś Żydów, ktoś wydał, ale kto? I że Niemcy zabili.

Po latach wyrwę z zapomnienia to, że to było małżeństwo z dwójką dzieci. Dzieci....

Jak można, zwyczajnie o tym mówić... przejść obok.... ot tak zapomnieć. Dlaczego?

Zwyczajność, problemy dnia powszedniego.

Słyszałam też i to, że Hitler zrobił dobrą robotę, bo Żydzi oszukiwali, porywali dzieci.

Może ten obraz nie pozwalał pytać o więcej?

 Stan wojenny, Papież Polak, lata 90.......czas.

Czas.... Żydzi czekali obok. Czekali na mnie. Ja czekałam na nich. Musieliśmy się w końcu spotkać.

Pierwsze zderzenie - książka Grossa. Oj jak ja się z nim nie zgadzałam. Jak ja się na niego złościłam.

 Przecież tylu nas ratowało, narażało życie.....Ulmowie, zginęła cała rodzina, w obozach ginęli Polacy i inni.

 Do pamięci dobijały się strzępy podsłuchanych rozmów; kto brał pieniądze za przewóz Wisłą, kto mordował, kto się wzbogacił, kto wydawał.

I jeszcze jedno.

Jako dziecko miałam sny.... koszmary.

„Dusiły” mnie jak ciasne pomieszczenia, w których mnie zamykały. W tych snach ukrywałam się pod ziemią. Było ciasno, czuję ten strach i lęk, pot, kiedy się zrywałam.

To tylko sen..... straszny sen. To pamiętam do dziś. Myślę z czym powiązać. Czytałam kiedyś, że ukrywający się Żydzi dusili płaczące dzieci, aby ratować pozostałych.

 

Sny Ewy. Moje lektury z ostatnich lat.  I gdzieś z tyłu głowy myśl: jak można wytrzymać ukrywanie się w jakiejś leśnej jamie czy ziemiance przez kilkanaście miesięcy, kilkadziesiąt miesięcy?

Jak mijały im te minuty, godziny, dni, miesiące? Jak?

Kryjówki… jej opis znajduje w książce Andrzeja Krempy.

Kryjówki były wyposażone w małą lampę naftową, umywalkę i wiadra na nieczystości. Jedzenie było donoszone dwa razy dziennie. Mieszkańcy kryjówek mogli się odwiedzać tylko w nocy. Pomiędzy 24.00 a 2.00.

 

A co jeśli po wyjściu z tej jamy, ziemianki, kryjówki gdzieś na leśnej drodze,  spotykali polskiego sąsiada i.. ginęli? Tylko dlatego, że komuś chodziło o majątek.

Sara Samuel, pisze o tym Andrzej Krempa, wyszła z ukrycia i chciała po prostu odzyskać swój dom, w którym pod jej nieobecność zamieszkał jeden z Polaków. Zażądała czynszu dzierżawnego i zamieszkała w swoim domu. Tego samego dnia pojawili się w domu uzbrojeni ludzie. Została zastrzelona.

 

Jak radzić sobie z tą świadomością?

Jak nie płakać?

Tak, ja płaczę nad Żydami. Często.

Czuję fantomowy ból. Jak Monika Sznajderman, która pisze o nim w „Fałszerzach pieprzu”.

„ Czuję fantomowy ból, który dopada mnie od czasu do czasu, kiedy o nich myślę”.

 

Ewa: Zawsze po drodze było mi  z książkami historycznymi. Były i te o Żydach w obozach i nic więcej.  Jeszcze nie był ten czas.  I wreszcie biografia Agaty Tuszyńskiej o Singerze. Głuchy stuk w okno przed szabasem słyszę do dziś. To jest początek, kiełkowanie tego co potem rozkwitnie. Ale jeszcze jest inny czas. Katyń, Sybiracy, Wołyń.

W domu nie pytam o Żydów. Odchodzą ci co pamiętać mogli. Niedomówienia, tajemnice. Zabierają ze sobą.

Życie się toczy. Są sprawy ważne.

Jeden z wielu wykładów, w których uczestniczę – genetyka pamięci, strachu, lęków, nieufności.

Może właśnie to jest wytłumaczenie moich dziecięcych snów? Ten strach przed ciasnymi pomieszczeniami?

I dlaczego wiążę to z Żydami? Czego w mojej rodzinie nie powiedziano? Kto wydał tych ludzi, te dzieci?

Strzelali okupanci, nie my. My przecież tacy poczciwi, przyzwoici Polacy.

I znowu czas. Jest MIASTO. Uczę się w nim, żyję. Nie jest mi znane. Poznaje inne. W moim mniemaniu lepsze i ciekawsze. Co się może dziać w Mielcu?

Sobotni spacer w ramach projektu Shalom Mielec. Jestem z moimi dziećmi. Jak niewiele wiem o tym mieście. Wychodzę z nową wiedzą, głodna na więcej. Żydzi mieleccy, tyle lat tutaj mieszkali, pracowali, żyli.  I co? I pustka. Nie ma nic.

Zdjęcie z 9 marca 1942 roku, więcej zdjęć. Kamienice, Rynek, Oni na Rynku, rozrzucone toboły… Oni w marszu do śmierci.

Chłonę, szukam, czuję, widzę inaczej.

 

Tak, doskonale rozumiem Ewę. Po przeczytaniu książki Zagłada Żydów Mieleckich, moje miasto widzę inaczej. Chodzę ulicami Starówki i widzę Żydów. Idę ulicą Sienkiewicza i przed oczami mam ten marsz z 9 marca 1942 roku. Marsz na lotnisko. Przywołuję Żydów w pamięci tam gdzie ich miejsce, na ulice Starego Mielca. Wciąż i wciąż odwiedzam cmentarze, stoję  na nich, zapalam znicz, kładę kamyk… i milczę. Płacząca gojka. Tęskniąca gojka. Czująca  pustkę gojka.

 

Ewa: Dlaczego pamiętam? Dlaczego chce pamiętać? My tacy uczciwi, tacy dobrzy, nie pamiętamy bo nas to nie dotyczy, bo to przecież inni ludzie, dzieci, historia. Jestem wściekła jak o tym myślę! Wściekła! Moja prababcia przechowywała tych Żydów. Nikt z mojej rodziny nie zginął, a przecież ktoś ich wydał, kto? I jaka jest prawda? Jaka jest prawda? Jak bardzo bolesna?  Te sny pamiętam do dzisiaj. Płaczę. Jestem tym ludziom winna Pamięć. Jestem…

 

Z Ewą i grupą mielczan przygotowujemy projekt mający na celu zadbanie o żydowskie cmentarze w Mielcu. Szykujemy się też do pierwszego wspólnego upamiętnienia rocznicy Akcji Reinhardt.

Ale jest jeszcze spora grupa ludzi, która w Mielcu pamięta o Żydach i która 3 lata temu zainicjowała projekt Shalom Mielec. To osoby ze stowarzyszenia Jarte, ludzie, którzy interesują się żywą pamięcią. Chcieli przekonać się w jakim stopniu mieszkańcy miasta są zainteresowani dawną żydowską kulturą. Zapragnęli w ten sposób upamiętnić  żydowskich mieszkańców miasta.

Za wzór posłużyły im festiwale: krakowski i warszawski. Odbywają się więc w Mielcu: projekcje filmowe, koncerty, warsztaty tańca żydowskiego, cieszące się bardzo dużą popularnością spacery po Starym Mieście. Śladami Żydów.

To cenna inicjatywa ponieważ nieczęsto się zdarza by  pomysł takiego przedsięwzięcia wyszedł od dołu, właściwie od szeregowych mieszkańców.

W Mielcu trwają też prace na kirkucie przy ulicy Jadernych. Włączył się  w nie Instytut Judaistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Trwa inwentaryzacja macew. W oparciu o pracę badawczą ma powstać wydawnictwo dotyczące kirkuta.

 

Ogromną pracę wykonał mielczanin Andrzej Krempa pisząc wspominaną już książkę Zagłada Żydów Mieleckich.

Pamięta Stanisław Wanatowicz – regionalista, ma ogromny wkład w pamięć o mieleckich Żydach. Pamiętają muzealnicy i jeszcze grupa mieszkańców. Liczna? Raczej nie.

W sieci odkrywam, że wydano w języku angielskim książkę o Mielcu. Autorka, amerykańska Żydówka miała nauczyciela, który pochodził z Mielca. W latach 90 XX wieku spotyka w Jerozolimie Moshe Borgera, jednego z ocalałych mieleckich Żydów. Moshe okazuje się być kolegą z chederu jej nauczyciela. Uznaje to za znak. Pisze książkę o żydowskim Mielcu, bo uznaje, że tę historie trzeba opowiedzieć. Według niej Mielec zajmuje szczególne miejsce na mapie Holokaustu. Trzeba mu je przywrócić. To przecież tutaj rozpoczęło się w Generalnej Guberni – ostateczne rozwiązanie.

Autorka nazywa się Rochelle G. Saidel, a książka nosi tytuł Mielec, Poland The Shtetl that became a Nazi Concentration Camp.

 

 

Jestem pewna, że gdyby jesionka przetrwała, gdyby nie zjadły jej mole, wisiałaby nadal w mieleckim mieszkaniu Pani Bogumiły.

Czekając.

Na sąsiadów.

Moja wyobraźnia sięga dalej – myślę, że gdyby w Polsce więcej było strażników jesionek, a nie takich, którzy je sobie przywłaszczali,  może mielibyśmy dzisiaj więcej sąsiadów żydowskiego pochodzenia?

Niestety „ tych miasteczek nie ma już”. Co z kurzem niepamięci?

Jak często jest zdmuchiwany? Przez jak wielu?

W swoim noblowskim wykładzie Olga Tokarczuk mówiła: coś co się wydarzyło, a nie zostało opowiedziane – umiera.

Trzeba więc snuć opowieści. Wciąż i wciąż. Bo Oni tu byli, mieszkali. Tez byli mielczanami. Polakami.

 

                                                                                                          Izabela Sekulska

iskabelamalecka@gmail.com

www. mayn.shtetele. mielec.pl

 

 

Dziękuję

Pani Bogumile Gajowiec za poświęcony mi czas i podróż do mieleckiego sztetla, jej synowi Bartkowi, za to, że zaprosił mnie do tej rozmowy, Ewie za osobistą opowieść, Pani Beacie Michońskiej za bolesne wspomnienie, dziękuję wszystkim moim Wspaniałym Przyjaciołom strażnikom Pamięci, bo dzięki nim wszystko się zaczęło:

Kamilowi Kmakowi, Ani Boruch, Indze Marczyńskiej, Darkowi Popieli, Adamowi Bartoszowi, Natalii Gancarz i innym, a jest Was wielu, na szczęście wielu.

Bez Was nie byłoby tego tekstu, a ja byłabym w zupełnie innym miejscu życia.

Wreszcie

dziękuję Żydom mieleckim za to, że BYLI, a teraz zagościli w mojej Pamięci i  zapełniają ją wciąż, razem budujemy tę OPOWIEŚĆ.


 

Korzystałam z książek:

Andrzej Krempa Zagłada Żydów Mieleckich,  Biblioteka Muzeum Regionalnego w Mielcu, Mielec 2013

Monika Sznajderman Fałszerze pieprzu, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016

Mordechaj Canin Przez ruiny i zgliszcza. Podróż po 100 zgładzonych żydowskich gminach w Polsce Wydawnictwo Nisza we współpracy z Żydowskim Instytutem Historycznym, Warszawa 2018

 

 

 

1 Andrzej Krempa Zagłada Żydów Mieleckich strona 109


zdjęcia pochodzą z kolekcji Muzueum Fotografii Jadernówka w Mielcu oraz z kolekcji prywatnych.

 






                                                    Mielczanka, Blima Rachela Balsam











czwartek, 23 września 2021

Wspomnienia Samuela Zylbersztajna, więźnia obozu pracy w Mielcu

 Poniżej prezentuję fragment wspomnień Samuela Zylbersztajna opublikowanych w numerze 68/68 Biuletynu Żydowskiego Instytutu Historycznego.


Samuel Zylbersztajn został deportowany z Warszawy. Był więźniem 11 obozów

 (m.in Treblinka, Majdanek, Budzyń, Mielec, Wieliczka, Flossenburg, Litomierzyce, Gusen 1, Gusen 2).

5 kwietnia 1945 roku przygotowywał się już na śmierć, doczekał wyzwolenia. Po kilku dniach musiał przejść amuptację nogi wskutek obozowych przejść.




Wszyscy wychodzą z wagonów i stają na rampie zakładów „Heinkla” w Mielcu. Tu czeka już na nas nowy władca, SS-Hauptsturmfuhrer Hering. Jest tu także żydowski komendant Bitkower wraz z funkcyjnymi. Idziemy przez teren fabryki i dochodzimy do naszych baraków. Przygotowano już tu dla nas pomieszczenia. Po drodze spotykamy powracających z pracy polskich robotników. Na pierwszy rzut oka jesteśmy zadowoleni. Będziemy mieszkali na terenie fabryki, nie będziemy musieli chodzić 4 km do roboty pod eskortą Ukraińców, śpiewać i dostawać baty przez całą drogę. I tu ich nie brak, ale pilnują tylko obozu.

Przede wszystkim zaprowadzono nas do kuchni, gdzie nas uraczono zupą, po której przez trzy dni nie mogliśmy nic jeść. Teraz następuje, jak zawsze zgonie z rytuałem obozowym, ścinanie włosów, golenie brody, kąpiel i rewidowanie kieszeni przez Ukraińców; i oni chcieliby coś zarobić na nowo przybyłych. Oni się tylko nieco spóźnili. Po północy byliśmy gotowi. A teraz prowadzą nas do nowych apartamentów, będziemy mieszkali po 20-30 osób w jednej izbie. Są w niej trzypiętrowe prycze sklecone z paru desek. Nie ma słomy ani kocy. Oto nasze posłania, na których mamy złożyć po ciężkiej podróży i po jeszcze cięższej pracy nasze zbolałe kości i wychudłe ciała. Na ścianach paradowały pospołu pluskwy i wszy. Położyłem się na twardych deskach i przykryłem się swoją wytartą już marynarką, którą miałem jeszcze z Warszawy.

Z rana ustawiono nas razem ze starymi żydowskimi więźniami - robotnikami na mieleckim placu apelowym. Nasza grupa stoi osobno.

Zaprowadzono nas wszystkich do fabryki. Starzy więźniowie - robotnicy udali się do swoich stanowisk pracy. Nas nowo przybyłych zaprowadzono do hali, gdzie każdy majster - na podstawie listy przesłanej przez fabrykę w Budzyniu - wziął swoich robotników. Pozostaję sam mego nazwiska nie ma na żadnej liście. Kierownik naradził się w mojej sprawie z pisarzem, postanowili odesłać mnie z powrotem do obozu, mam w nocy przyjść do pracy. Tenże funkcyjny zamiast mnie posłać spać, żebym mógł w nocy pracować, od razu mnie zaprzągł jak konia do wozu z drzewem, i nastręczył mi pracę w obozie na cały dzień.

Wieczorem wracam z powrotem do kuchni, gdzie dostaję chleb i zupę, a potem posłano mnie do pracy. Szczęście mi nie dopisało, przydzielono mnie do najgorszego stanowiska roboczego w fabryce, miałem pracować przy montażu kadłubów samolotów. Dają mi w magazynie skrzynkę z narzędziami. Syrena fabryczna gwiżdże i udaję się do pracy.

Moje pierwsze zadanie polega na przecięciu piłą kawałka stali grubości 20 centymetrów. Zabieram się do tego energicznie, zmagam się ze sobą żeby nie usnąć. Nic jednak nie mogę poradzić, po pół godziny pracy siedzę z piłą pod samolotem i śpię. Nie przerywają mi snu nawet łomoty młotów pneumatycznych. Przechodzący obok majster zauważył mnie. Z hitlerowską uprzejmością wyciągnął mnie z mego kąta na środek hali, żeby wszyscy widzieli jak mnie ukaże za popełnione przestępstwo. Po dwóch potężnych uderzeniach leżałem na ziemi zalany krwią. Usiłuję jeszcze się tłumaczyć, że jestem zmęczony po podróży, że cały tydzień nie spałem. „Przy jedzeniu możesz spać ale nie przy robocie”. Przez całą noc walczyłem ze sobą, szarpałem palcami powieki, żeby nie zasnąć jeszcze raz. Nareszcie przyszła już do fabryki dzienna zmiana, syrena gwiżdże, prowadzą nas już z powrotem do obozu. Byłem szczęśliwy kiedy wyciągnąłem się na mojej twardej kojce i wiedziałem, że mogę przespać się kilka godzin Ale już wołają, żeby wyjść z baraków, wyganiają, bijąc przy tym deskami. Nie mam rady muszę ciągnąć wóz. Przy pracy ściągają z nas jeszcze dobrą odzież i buty, handlują tym funkcyjni, otrzymują za to wódkę, czekoladę i nawet wodę kolońską.

W tej atmosferze trudno było żyć i bardzo ciężko było pracować. Fabryka pracowała bez przerwy, nigdy nie stawała. Młot przechodził z rąk do rąk, od dziennej do nocnej zmiany. Każda placówka pracy miała swego żydowskiego Gruppenfuhrera, dwóch polskich robotników przypadało na jednego żydowskiego; był tu jeden niemiecki vorarbeiter i jeden majster. Każdy z nich miał prawo bić więźniów. Za najmniejsze uchybienie przy pracy każdy z nich wymierzał oddzielnie karę delikwentowi. Wszyscy chcieli bić, nie wiedziało się komu najpierw wystawić tylną część ciała do bicia.

 Więźniom żydowskim którzy od dłuższego czasu przebywali w obozie było trochę lżej. Prawie wszyscy oni pochodzili z okolic Mielca i dobrze się znali z pracującymi w fabryce Polakami.

Mój współpracownik Butkiewicz zaczął mi współczuć, kiedy zobaczył moje spuchnięte z głodu ręce i nogi. Zaproponował, że mi dopomoże. Co dzień będzie mi przynosił chleb za 20 zł, ale pod warunkiem, że będę ostrożny. Codziennie miałem w obozie ósmą część chleba i na więcej nie liczyłem.

Majster Wróblewski nie uległ, nie dał się zwieść hitlerowskiej propagandzie. Uchodził tu za najlepszego fachowca i dlatego cieszył się w fabryce wielkim poważaniem. Często stara się przekonać polskich współpracowników, że powinni dobrze się odnosić do ostatnich pozostałych przy życiu Żydów. I żeby im dać dobry przykład dzieli swoje śniadanie między żydowskich więźniów. Woła przy tym: „Jestem robotnikiem i człowiekiem, kiedy moi bliźni, inni ludzie cierpią, to moim obowiązkiem jest im pomagać”. Jego słowa poskutkowały. Tenże majster porozumiał się z kucharką niemieckiej kuchni i codziennie jego żydowscy robotnicy dostawali od niej dwa wiadra gorącej strawy i najadali się do syta.

Pod koniec kwietnia 1944 r. przybył do nas transport Żydów z obozu w Płaszowie. Znajdowała się tam nasza centrala SS. Ten sam Lagerfuhrer Goeth inkasował pieniądze i za nasza pracę w fabryce.

Krakowianom trudno było się przystosować do warunków w naszym obozie, do ciężkiej pracy i do jeszcze cięższych warunków życia. Zaczęli się rozglądać za sposobami ucieczki. Dwóm więźniom polski majster dostarczył ubrania i dokumenty, wyprowadził młodzieńców w tej porze, kiedy wszyscy robotnicy z dziennej zmiany wychodzili po zakończeniu pracy z fabryki. Przy wejściu z powrotem do baraków esesmani stwierdzili, że brak dwóch więźniów. Do późna w nocy staliśmy na dworze, przed obozem, a szef z Ukraińcami udał się w pościg za zbiegłymi. Wrócili bardzo źli, bo z niczym. Nam jednak powiedziano, że uciekinierów ujęto za rzeką i tam na miejscu ich zastrzelono. Znaliśmy już na pamięć kłamstwa esesmanów. O pierwszej w nocy wyciągnięto z baraku żydowskiego komendanta Bitkowera, zastrzelił go szef. To mu jednak nie wystarczyło, pobiegł po jego żonę, która kierowała izbą chorych w obozie, i powiedział jej, że mąż jest ciężko chory. Przestraszona przybiegła szybko i na widok męża w kałuży krwi wybuchła spazmatycznym płaczem. „Co, opłakujesz jeszcze tego żydowskiego psa?”. Wyciągnął rewolwer i ją zastrzelił. Mąż i żona znów byli razem. Esesmanom i tego mało, szukają nowych ofiar. Wpadli do siódmego baraku, wyciągnęli warszawiaka Cymermana i zastrzelili go dwoma strzałami w głowę.

W dwa dni później znów wydarzyło się w obozie coś, co posłużyło esesmanom za pretekst do dobrania się do naszej skóry. Koń Lagerfuhrera, który zazwyczaj pasł się w polu, podszedł sobie do naelektryzowanego ogrodzenia otaczającego cały obóz i padł martwy na drutach. I tym razem winni są Żydzi. Druty kolczaste pod napięciem są przeznaczone dla więźnia a nie dla konia. Obowiązkiem więźniów było uważać na jego konia. Tak stwierdził nasz Hauptscharfuhrer. Skazał 10 więźniów na taką samą śmierć. „Wszystkich was zapędzę na druty i jeszcze będę strzelał za wami”. Rozpoczęły się przetargi, obiecano mu kupić lepszego konia. Zgodził się. Kilku więźniów samochodem z fabryki, pod eskortą 3 Ukraińców, zawiozło na wieś do chłopa nasz cały przydział cukru, papierosów i margaryny. Nasz gospodarz dostał konia. Myśmy na obiad jedli koninę. Dziesięciu Żydów ocalało.

2 maja 1944 r. w nocy znów uciekło trzech więźniów - krakowian. Stwierdzono to z rana podczas apelu i zameldowano esesmanom. Jak zwykle cały sztab załogi udał się w pościg do lasów. Szukali zbiegów przez cały dzień, wrócili z niczym. Lagerfuhrer obszedł z Ukraińcami baraki, zerwał z pryczy wszystkich z nocnej zmiany, bił, tłukł , sam nie wiedział co ma z nami uczynić. Biegnie tam i z powrotem z pejczem w ręku, a oczy iskrzą się ze złości. Wrzeszczy: „Frydman na dwór z twoją bandą żydowskiego śmiecia, do apelu! Ja was nauczę, jak trzeba żyć w obozie!”. Prędko i cicho, przestraszeni, stajemy w szeregu i czekamy co się stanie. Jakie dziś oprawcy urządzą z nami sadystyczne orgie? Wiemy już co to niespodziewane apele, które zawsze pochłaniają kilka ofiar. Wszyscy się boimy i wszyscy myślimy o jednym i tym samym. „Oby mi dopisało szczęście i żebym nie wpadł w łapy Lagerfuhrera”.

Po pewnym czasie przyszedł Lagerfuhrer ze swoją sforą. Wyciągnęli pierwszych lepszych pięciu więźniów i zapytali czy wiedzą co to takiego związek powroźników. „Nie panie Hautscharfuhrer”. „No to ja wam pokażę”. Z kuchni przyniesiono pięć grubych powrozów, dwaj Ukraińcy założyli pięciu wybranym więźniom ręce do tyłu i związali sznurem. Przystawiono drabinę do słupów, na których się sami wieszają. Wiszą tak przez pół godziny a my się przyglądamy jak krew z nich cieknie. Wokoło stoją Ukraińcy i szydząc pytają ofiar: „Co tam słychać, na tamtym świecie?”. Zdjęliśmy tych pięciu wycieńczonych więźniów i omdlałych zanieśliśmy do izby chorych. Lagerfuhrerowi było wciąż za mało. Zabrał ze sobą trzech innych więźniów; nigdy już do nas nie powrócili

Po tym widowisku nadszedł rozkaz, że nasz władca ma wraz ze swoimi pomocnikami opuścić swoje dotychczasowe królestwo. Na jego miejsce przyjechał z centrali w Krakowie jakiś nowy SS-Hauptscharfuhrer z nowym sztabem Ukraińców. Stara banda spakowała manatki i odjechała.

Nasz nowy władca kręci się teraz całymi dniami po obozie, po wszystkich zakątkach, z rękami założonymi z tyłu i szuka co tu nowego wprowadzić. Pierwszy rozkaz dotyczył naszych baraków. Więźniom jest tu za wygodnie, w jednej izbie mieszka 20-30 osób. Trzeba zburzyć wszystkie ścianki działowe w baraku, należy urządzić wielkie hale dla 400-500 więźniów. I tak natychmiast zrobiono.

Niebawem wydał następne zarządzenie. Wszyscy bez wyjątku więźniowie, zarówno mężczyźni, jak i kobiety, winni się zgłosić w kancelarii esesmańskiej, gdzie na prawym ramieniu wytatuują nam litery KL co oznacza Konzentrationslager. Nasz władca chce się w ten sposób zabezpieczyć, żebyśmy nie mogli uciec. Tego znaku nie można już nigdy usunąć.

W kilka dni później nadszedł do obozu transport pasiaków. Na nic mi się zdało, że uniknąłem ich nałożenia w Budzyniu. Późno w nocy zaprowadzono nas do kąpieli. Wykąpaliśmy się, na głowach wystrzygli nam pas szerokości trzech palców i kazali nałożyć pasiaki. A kiedy pomaszerowaliśmy z powrotem do obozu, wszyscy byli zupełnie podobni do siebie, czuliśmy się jakby spętani ciężkimi łańcuchami. Przy akompaniamencie stuku drewnianych chodaków, ciężkim krokiem maszerowali teraz skazańcy, którzy stracili już nadzieję na ocalenie. W tych samych pasiakach i tak samo oznakowani szli na śmierć nasi bracia na Majdanku. I my także już nigdy nie doczekamy się wolności.

Nazajutrz posłano nas do fabryki, do roboty. Niemcy z nas drwili „to są najodpowiedniejsze dla was ubrania”. Patrzyli na nas z pogardą jak na najgorszych zbrodniarzy. Ale majster Wróblewski powiedział nam: „Nie przejmujcie się dzieci, nie macie czego się wstydzić, to jest ich wstyd a nie wasz”. Po trochu trzeba się było przyzwyczaić do nowego wyglądu. Dużo gorzej, że przy wymianie odzieży zabrano nam wszystkim ostatnie ukryte w niej parę złotych. Nikomu już nic nie pozostało, nie było za co kupić u Polaków kawałka chleba. W obozie nastał teraz straszliwy głód. Nie sposób było długo wytrzymać przy takiej ciężkiej pracy, odżywiając się tylko przydzieloną porcją chleba i zupy. Po kilku tygodniach byłem znów opuchnięty i dość często z wycieńczenia mdlałem przy robocie. Jest źle. Trzeba coś wymyślić, muszę zorganizować cos do żarcia. Wykorzystałem moment kiedy mój żydowski blokowy Werdesheim był w dobrym humorze i pokazałam mu swoje spuchnięte nogi i ręce. „Musi mi pan pomóc uchronić od śmierci głodowej. Jestem gotów wykonywać - za trochę zupy-najcięższą robotę w baraku. Więcej nie żądam”. Werdesheim wziął mnie do sprzątania bloku. Po dwunastogodzinnym dniu pracy, po trzygodzinnym apelu wszyscy szli spać. A ja wtedy zabierałem się do zamiatania i mycia podłogi. Bardzo często przez całą noc nie spałem, ale za to codziennie jako zapłatę dostawałem porcję zupy a w każdą sobotę szklankę marmolady. Każdego dnia oglądałem swoje ciało chciałem zobaczyć jak się ma sprawa opuchlizny.

Bardzo chcieliśmy wiedzieć co się dzieje na świecie i gdzie teraz jest front i gdzie teraz toczą się walki. Niestety, przez cały czas nie mogliśmy się niczego dowiedzieć. Wydawało się nam wszystkim, że wojna przeciągnie się w nieskończoność, a my dopóty będziemy pracowali i będziemy w niewoli dopóki starczy nam sił. Albo też któregoś dnia zabiorą nas z pracy i stracą tak jak to uczynili na Majdanku 3 listopada 1943 r. Z naszymi bliskimi, odzianymi w takie same pasiaki, jakie teraz my nosimy. Nawet największy optymista nie wierzył, że z obozu w Mielcu można wyjść żywym.

Po upływie krótkiego czasu można było zauważyć, że nie jest zupełnie tak, jak my to sobie wyobrażamy. Na lotnisku przy naszym obozie coś się nocami działo. Jedne eskadry samolotów odlatują inne przylatują. Panuje tam bezustannie duży ruch dniem i nocą. Przybył także nagle hitlerowski feldmarszałek Milch w asyście setek esesmanów na inspekcję naszych zakładów. Również i on interesuje się trzema tysiącami żydowskich więźniów pracujących w fabryce i na odjezdne pozostawia nam na pamiątkę nowe obostrzenia. Podczas alarmów lotniczych nie wolno nam, jak dotąd, pozostawać w fabryce, ale mamy wrócić do drewnianych baraków. Dla Polaków urządzono w polu podziemne schrony a dla germańskich nadludzi zbudowano specjalne betonowe bunkry wyposażone w broń maszynowa. Zarządzono także, żeby więźniowie znajdowali się podczas pracy stale pod strażą, zarówno dniem jak i nocą. Wszędzie na każdym kroku pilnowali nas teraz esesmani, w każdej hali przy każdym roboczym stanowisku. Nie jest oczywiście przyjemnie pracować i jednocześnie czuć za plecami oprawcę z maszynową bronią w ręku, który co kilka chwil szturcha cię i woła: „Pracuj szybko, szybko!”

Na szczęście ten stan rzeczy nie trwał długo. Któregoś dnia, podczas pracy cała fabryka stanęła. Zakłady „Heinkel” nie mają surowców. Niemieccy majstrowie ze wstydu gdzieś się chowają. Polacy wyrabiają po kryjomu grzebyki i zapalniczki, my więźniowie pomagamy im przy tym i dobrze na tym wychodzimy. Esesmani stoją, jak dawniej, na swoich posterunkach i nie mają pojęcia co tu się produkuje. Jak przedtem więc ponaglają: „Szybciej pracuj szybko!”

Wszyscy już wiemy, że niemiecka machina wojenna zaczyna trzeszczeć i pękać. Hitlerowski personel fabryczny w tajemnicy pakuje już walizy. Pewnego dnia przyszedł do naszej fabryki Lagerfuhrer i kazał nam odmaszerować do baraków. Tam zaś polecił nam przygotować się do wyjazdu. Cały obóz w Mielcu zostanie zlikwidowany. 

Przechodzimy do pociągu. W wagonach jest już pełno Niemek z dziećmi, mają dużo bagażu zrabowanego w Polsce. Nie chcą zrobić dla nas miejsca. Krzyczą do esesmanów: „Żydów to wywozicie, a nas zostawiacie, żebyśmy się doczekały Rosjan”. Esesmani nie liczą się teraz z czysto germańskimi, jasnowłosymi niewiastami, które teraz zadowalają się nawet wagonami przeznaczonymi tylko dla bydła i Żydów, ale siłą je usuwają. Nie mogą zapanować nad swoją złością. Żydzi wyjeżdżają, a one niestety muszą pozostać.

Za udostępnienie tekstu oraz zdjęcia dziekuję Stanisławowi Wanatowiczowi.

Izabela Sekulska

iskabelamalecka@gmail.com

www.mayn. shtetele. mielec.pl



Fragment obozowej bramy, rok 2002, widoczne są resztki instalacji wysokiego napięcia.




 Spisane po hebrajsku wspomnienia Jakuba Kempflera z Krakowa – więźnia mieleckiego obozu. Ze zbiorów Instytutu Yad Vashem.

 



Sprawiedliwi i nie tylko ziemi mieleckiej i okolic, Włodek Gąsiewski, recenzja książki.

W wrześniu 2021 roku ukazała się książka autorstwa Włodka Gąsiewskiego, pod tytułem Sprawiedliwi i nie tylko, ziemi mieleckiej i okolic. Mam...