Archiwum bloga

niedziela, 28 grudnia 2025

Twarze mieleckiego sztetla: Balsamowie

 

Blima Rachela Balsam, zdjęcie pochodzi z kolekcji Muzeum Historii Regionalnej "Pałacyk Oborskich" w Mielcu




Zdecydowałem się zostać w Stanach Zjednoczonych i odbudować rodzinę. W 1954 roku spotkałem moją żonę. Ożeniłem się. Zacząłem budować rodzinę. Oto gdzie jesteśmy. Mamy dwójkę szczęśliwych dzieci. Jeden z synów mieszka w Ranana z żoną i dwójką dzieci. Starszy we Wschodnim Brunszwiku, w New Jersey z żoną i dwójką dzieci. Znaleźli powodzenie i szczęście. To koniec historii.1

 

Tak powiedział  udzielając wywiadu  w 1990 roku, ocalały z Holokaustu Marvin Balsam.

Mówił o końcu historii, historii, która  rozpoczęła się 2 stycznia 1925 roku w Mielcu, kiedy na świat przyszedł Mendel (w poźniejszym życiu Marvin), trzecie z kolei dziecko Samuela Izaka Balsama i Lei z domu Jochnowicz.

Dwa lata po udzielonym wywiadzie, Marvin przyjechał do Polski. Z tej wizyty powstał przepiękny, wzruszający dokument filmowy, który miałam okazję obejrzeć dzięki uprzejmości Scotta Genzera i syna Marvina, Garego.

To moja siostra – powie podczas swojej wizyty w Mielcu Marvin oglądając jedno z podań o wydanie dowodu osobistego z kolekcji mieleckiego muzeum.  To była taka ładna dziewczynka - tak z kolei będzie mówił o niej dawnej sąsiadce.

Blima Rachela Balsam, zdjęcie pochodzi z kolekcji Muzeum Historii Regionalnej "Pałacyk Oborskich" w Mielcu



 Kiedy widzę Marvina oglądającego podanie, dociera do mnie kim jest  – jest bratem Ruchci Balsam, pięknej dziewczyny, w której zakochany był Mosze Borger i poświęcił jej wiele miejsca w swoim dzienniku:

Wśród dziewcząt najwięcej zajęła moją uwagę Blima Low. Zacząłem z nią „chodzić”. Przez kilka miesięcy zajmowałem się Blimą, ale gdzieś w grudniu zauważyłem, że Blima czasem coś ukrywa przede mną i że nie odwzajemnia szczerą przyjaźnią. Nie chcąc ani sobie ani jej zawracać głowy zerwałem z nią (Sama Blima zalecała mi na koleżankę Ruchcię Balsam). Nią właśnie „zajęło się” moje uczucie. Zawsze gdy nie ma koło niej nikogo w lokalu rozmawiam z nią odprowadzam ją do domu, czy rozumie moją myśl nie wiem. Uczucie moje względem niej jest silne bo zawsze przechodząc patrzę w jej okna czy zobaczę ją. Smutno mi bardzo już długo nie miałem sposobności zobaczyć się z nią3

 

Mosze i Ruchcia (Blima Rachela) byli sąsiadami, mieszkali na ulicy Legionów.

 

Podczas swojej wizyty w Mielcu w 1992 roku Marvin pokazuje towarzyszom miejsce gdzie był dom, w którym mieszkała jego rodzina, ale samego domu już nie ma.

 

Miejsce gdzie stał dom Balsamów.


Marvin na ulicy Legionów.

 Kadry pochodzą z filmu dokumentującego wizytę Marvina


W Spisie Żydów sporządzonym przez mielecki Judenrat w 1940 roku, przy nazwisku ojca Marvina i Ruchci widnieje zapis: biedny inwalida wojenny pobiera zapomogę społeczną. Tak musiało być, bo w zbiorach Żydowskiego Instytutu Historycznego znajduje się informacja, że Samuel  w czasie wojny otrzymał pomoc od Jointu.

We wspomnianym wywiadzie z 1990 roku Marvin wspomina, że ojciec zajmował się interesami. Z filmu dowiadujemy się  że był również szamesem4 w synagodze.

 

Lea urodzona 24 sierpnia 1890 roku (prawdopodobnie w Mielcu lub jego okolicach) i Samuel Izak urodzony 1 lipca 1896 roku w Dąbrowie Tarnowskiej jako nieślubne dziecko Izraela Balzama (nazwisko jeszcze pisane przez „z”) kramarza i Reizli Reifen córki Majera byłego nauczyciela i Keili Mirli5, dochowają się piątki dzieci: najstarszej Blimy Racheli urodzonej 15 kwietnia 1920 roku, Altera Jeremiasza urodzonego  22 września 1922 roku, Mendela urodzonego w 1925 roku,  Nechy urodzonej około 1928 roku i Israela Chaima urodzonego około 1935 roku.


Akt urodzenia Samuela Izaka, AN w Krakowie, oddział w Tarnowie

 

Przypuszczam, że Blima Rachela dostała imię po swojej ciotce, siostrze ojca. Ta urodziła się w 1880 roku i prawdopodobnie nie żyła już, kiedy rodziło się najstarsze dziecko Balsamów (w żydowskiej tradycji nie nadaje się dzieciom imion żyjących krewnych).

Akt urodzenia Blimy Balsam, AN w Krakowie, oddział w Tarnowie

Czy życie  Marvina koncentrowało się w Mielcu, czy wyjeżdżał poza Mielec w czasie kiedy był dzieckiem, na przykład na wakacje, zastanawiam się. Nic o tym nie wspomina, ale miał rodzinę w Dąbrowie, więc zapewne tak.

Z dziennika Mosze zapamiętałam, że Ruchcia wyjeżdżała do krewnych do Łodzi.

W czasie rozmowy przeszliśmy do jej przeżyć w Łodzi. Opowiadała mi, że nie odpisywała z początku, bo nie rozumiała mego postępowania. List po tak krótkiej znajomości był czymś niezrozumiałym.

Później gdy otrzymawszy ode mnie kilka listów chciała już coś odpisać miała zajętą głowę sprawami matrymonialnymi. Jak mi powiedziała, wysłali ją rodzice do krewnych w Łodzi, aby łatwiej móc ją wydać za mąż za kuzyna.

O tym R. jak powiada, nie wiedziała. Wiedziała tylko, że ciotka (matka kuzyna) odnosi się bardzo dobrze, ten kuzyn stara się zdobyć jej względy, to wprawdzie nasunęło jej pewne domysły, ale o zamierzeniach krewnych i rodziców dowiedziała się zupełnie przypadkowo, wskutek nieodpowiedniego zaadresowania listu.

Oprócz tego oświadczył się jej kuzyn kilka razy, ale R. odpalnęła go.

Dowiedziawszy się z listu rodziców do ciotki o zamiarze wydania jej za mąż zrobiła ciotce awanturę, a do domu napisała list, aby jej w ogóle tymi sprawami głowy nie zawracać. Od tego czasu ciotka zmieniła radykalnie swój stosunek do niej dokuczała jej i sekowała na każdym kroku.

 Wrogi stosunek ciotki jako też niesłychane zaloty kuzyna wprawiały ją w wielki smutek i rezygnację. Z tego też powodu nie odpisywała mi. Jak już przedtem wspomniałem istniał jeszcze inny powód a mianowicie nierozumienie moich myśli. Gdy teraz R. mówiła mi, że nie odpisywała ponieważ nie mogłaby po tak krótkiej znajomości już pisać, zapytałem ją czy już teraz rozumie mnie, odpowiedziała, że nie.  „ Przecież jestem tylko córką…. Więc między nami nic być nie może” – tak mi powiedziała.

Szczerość tych słów po prostu mnie rozbroiła. Łzy stanęły mi w oczach, nie mogłem nie odpowiedzieć. Powiedzieć, że ją kocham pomimo tego, że na przesądy w razie potrzeby zwracać uwagi nie będę, nie mogłem.

To równałoby się oświadczeniu, a tego czynić nie mogę ze względu na nieokreśloną przyszłość. Aby więc gorzki posmak jej słów załagodzić, powiedziałem, że ja o tym wiem, i wiem co robię.

R. widząc na razie brak ruchów poważnych i rozjątrzona planami rodziców, aby ją jak najprędzej za mąż wydać, chciała ze mną zerwać i to było powodem pogniewania się na mnie. Teraz znowu zawracają jej głowę swataniem, ale ja jej pomóc nic nie mogę7.

Analiza archiwalnych dokumentów pozwoliła mi dowiedzieć się kim była ciotka, do której do Łodzi jeździła Ruchcia.  W zasobach Archiwum Narodowego w Krakowie odnalazłam akt urodzenia Majera Balsama (urodzonego w 1910 roku) syna Chaima Weila i Keili Mirli Balsam. Małżonkowie mieszkali w Łodzi. Ruchcia jeździła zatem do cioci Keili Mirli.

Jak można wywnioskować z fragmentu dziennika Mosze,  prawdopodobnie rodzina Balsamów była biedniejsza od rodziny Mosze, dziewczyna z tego powodu nie liczyła na poważny związek z Mosze. Jej ojciec był szamesem, ojciec Mosze był kupcem.

  

W swoich powojennych wspomnieniach Marvin mówi, że dom na Legionów dzielą z ciocią i wujkiem. W filmie nadmienia, że mieszkała z nim rodzina Allweissów i  pada imię Gershon (w Spisie Junderatu rzeczywiście odnajduję Gershona Allweissa z żoną Esterą, mieszkają przy ulicy Legionów 43). Sprawdzam dane w drzewach genealogicznych Scotta Genzera – Estera nazywała się z domu Jochnowicz, była więc zapewne spokrewniona z mamą Marvina, przypuszczam, że były siostrami.

 

Jeśli chodzi o gminę (kehila), to była ona bardzo aktywna. W Mielcu mieszkało około 5 tysięcy Żydów, z łącznej liczby około 15 tys. osób6 . Gmina była rządzona przez Rosh Hakahal i zarząd, który był wybierany przez społeczność żydowską. Gmina zbierała opłaty i sprzedawała specjalne kwity każdemu, kto chciałby mieć kurczaka ubitego w sposób rytualny. Pieniądze z tych dwóch źródeł umożliwiały wypłacanie wynagrodzenia rabinowi, trzem rzezakom, a także na inne cele społeczne i na pokrycie kosztów administracyjnych 8  – tak będzie opisywał  Marvin żydowskie życie w Mielcu.

 

W jego wspomnieniach będzie również duża, piękna synagoga, będą inne sztible (domy modlitwy), Jad Charuzim (Stowarzyszenie Rzemieślników Żydowskich), gdzie rzemieślnicy zorganizowali jak to określa Marvin własną minjankę (dom modlitwy) i prowadzili działalność społeczną. Będzie wspominał, że gmina żydowska skutecznie opiekowała się biednymi ludźmi w mieście. Jako przykład podaje, że przed każdym Świętem Pesach rozdawano biednym mąkę do wypieku macy.

Wspomina, że pomagał ojcu wydawać jedzenie i wino na Święto Jom Tov, a także bony na węgiel i drewno na zimę.

Poświęca też w swoich wspomnieniach sporo miejsca  noclegowni wybudowanej po to, aby osoby, które przybywają do miasta, miały przyzwoite miejsca noclegowe. Według Marvina żaden biedny podróżny, kiedy przechodził przez Mielec w szabas, nie został pozostawiony bez pomocy i znajdował schronienie w czyimś domu,  jednocześnie był zapraszany na posiłek szabasowy.

 

            Balsamowie byli bardzo religijną rodziną. Samuel nosił tradycyjną brodę, a Lea  perukę. Marvin jak i zapewne  pozostałe dzieci Balsamów, chodził do polskiej szkoły. Popołudniami chłopcy chodzili do Talmud Tora. Marvin wspomina, że potem studiował również u rebe Israela Ellisa.

Miałem bardzo szczęśliwe dzieciństwo – powie udzielając wywiadu – aż do wybuchu wojny. Miałem wtedy 14 lat.

W pamięci zapisał  mu się antysemityzm, który niestety odczuwały żydowskie dzieci.

Często walczyliśmy z polskimi dzieci.

Chodząc do szkoły, do 1936 roku można było nosić jarmułki. Potem zostały one zakazane. Ubierano je jedynie w czasie lekcji religii, którą prowadził żydowski nauczyciel. Lekcja ta była  połączeniem historii Żydów i religii. Kiedy do klasy wchodził dyrektor szkoły, jarmułki należało ściągać.

 

Jak wspominał swoich polskich sąsiadów Marvin?

Po jednej stronie mieszkali mili ludzie, a po drugiej mniej mili. Jak to u ludzi bywa…

 

W jego pamięci  zapisały się aktywne syjonistyczne organizacje i chasydzkie grupy, wyznawcy różnych rabinów, którzy przybywali do miasta.

Wszystko skończyło się wraz z wybuchem wojny.

 

Niestety ta piękna społeczność żydowska została zniszczona we wrześniu 1939 roku, kiedy to Niemcy wkroczyli do miasta. W pierwszy piątek okupacji, którym był erev Rosz Haszana, Niemcy zabili rzezaka i Żydów, którzy przywieźli kury do rzeźni. Niemcy powiesili ciała pomordowanych na hakach rzeźniczych przeznaczonych dla kurcząt. Wieczorem Roszhaszana, Niemcy spalili synagogę, Beit Midrasz, Bais Hamerchatz i Bais Hachnoss Orchim, które zajmowały jeden kwadratowy obszar i zabili tam około 30 Żydów9.

 

 Zaczął się ciężki czas dla Żydów. Byli  zmuszani do pracy na rzecz Niemców. W gronie przymusowych robotników był również nasz bohater. Dla Niemców pracował do 1942 roku. Zanim jednak został przydzielony do cięższych prac, był pomocnikiem dentysty. Był to dentysta żydowski. Kiedy to czytam, zastanawiam się czy pomagał Hermanowi Seidenowi, czy może Norbertowi Rotterowi? (to oni zajmowali się leczeniem zębów mielczan w tym czasie).

Marvin twierdzi, że ów dentysta był zaprzyjaźniony z jego rodziną. Może był to jednak Seiden?   Ruchcia Balsam  wyszła za mąż za mężczyznę o nazwisku Selig Seiden. Może Marvin pracował u jej teścia?

 

    Kolejna praca Marvina była znacznie cięższa. Pracował przy budowie dróg. Musiał bardzo wcześnie stawiać się w pracy, do której jeździł albo rowerem, który posiadał jeszcze na początku wojny, albo szedł na piechotę. Droga zajmowała mu około godziny. Prawdopodobnie pracował w okolicy dzisiejszej Specjalnej Strefy Ekonomicznej, więc możemy sobie wyobrazić jak daleką trasę miał do pokonania. Wychodził z domu około 6.30, 7.00, powracał o 18.00, 19.00.

Jego rodzina w tym czasie miała dość dobre warunki życia. Ojciec był strarszą osobą więc nie pracował,  Alter pracował w warsztacie samochodowym u Ortyla.

Jedzenie kupowali od mieszkańców okolicznych wsi, spośród których wiele osób, to były osoby im znajome. W granicach miasta można było poruszać się swobodnie, ale aby wyjechać poza miasto, należało mieć specjalną przepustkę.

Marvin wspomina, że starano się unikać Niemców, co nie było takie łatwe, bo w okolicy mieszkało sporo volksdeutschów (w pobliżu Mielca znajdowało się kilka niemieckich kolonii).

Chodzenie na wieś po jedzenie, nie było bezpieczne. Rolnicy nie byli chętni aby współpracować z Żydami, bali się, niektórzy w ogóle nie chcieli mieć z nimi nic wspólnego, inni sprzedawali im jedzenie, bo sami potrzebowali pieniędzy.

Ludność polska nie miała aż takich problemów jak Żydzi, ale Niemcy niszczyli polską inteligencję, a także wysyłali ludzi na roboty przymusowe do Niemiec, głównie kobiety. Życie Polaków było jednak dużo bardziej normalne, dzieci chodziły do szkoły, Polacy mogli też chodzić do kościoła. Marvin zaznaczył jednak, że to o czym mówi, dotyczy sytuacji w Mielcu. Nie wie jak było gdzie indziej.

Kiedy wybuchła wojna nie mógł kontynuuować nauki,  ponieważ Żdyom nie wolno było chodzić do szkoły. Uczyli się w domach, ojciec płacił prywatnym nauczycielom.  Marvin uczył się  do momentu, kiedy musiał zacząć pracować. W tym czasie starał się czytać dużo książek, ale w dzień powszedni nie było to możliwe. Z pracy przychodził późno i był bardzo zmęczony, więc mył się, jadł i kładł spać. Pracował 5 dni w tygodniu.

Czytając to  wszystko myślę: 15  - letnie dziecko… pozbawione dzieciństwa i zaprzęgnięte do ciężkiej pracy. Pozbawione możliwości nauki. Narażone na nieustanny strach…

Ciężki los.

Ale jeszcze gorsze miało nadejść wkrótce.

Marvin pracował od 1940 roku do marca 1942 roku.

 

Trwała wojna. Docierały do nich różne wiadomości. Wiedzieli o getcie w Warszawie, Łodzi. Skąd mieli te wiadomości? Od podróżujących, którzy posiadali specjalne przepustki. O takich przepustkach wspomina w swojej książce I rest my case Mark Verstandig.

Było im ciężko uwierzyć w takiej wiadomości, ale wierzyli…

 

Nadszedł marzec 1942 roku. Tuż przed 9 marca, dniem deportacji Żydów  z Mielca, Samuel, Alter i Mendel wyjechali do Dąbrowy, do rodziny Samuela. Lea  z młodszymi dziećmi, pozostała w Mielcu.

Jakoś udało im się pokonać tą straszną zimową drogę z Rynku do hangarów na lotnisku. Patrzę przez okno, jest dzisiaj zimowy, wietrzny i śnieżny dzień.  Zimno. Myślę, że właśnie w taki dzień szli. Ona była ponad 50 -  letnią kobietą, Necha miała kilkanaście lat, ale Israel prawdopodobnie miał  jedynie około 7 lat.

Znalazłam całą trójkę na liście osób, które przybyły do Międzyrzeca Podlaskiego.  Zostali wywiezieni, jak wielu innych żydowskich mielczan. Rodzina postanowiła ich ratować. Zapłacili Polakowi, który pojechał do Międzyrzeca i załatwił Lei aryjskie papiery. Udało się im przedostać do Dąbrowy.

Zbiory Żydowskiego Instytutu Historycznego


Tu wszyscy zamieszkali z wujkiem, dzieli jedno mieszkanie. Żyli z dnia na dzień. Marvin pracował, Alter znowu pracował jako mechanik. Dla Niemców.

Nadszedł lipiec 1942 roku. Niemcy wyciągali Żydów z ich domów. Alter próbował ratować swoją babcię. Oboje zostali rozstrzelani na cmentarzu w Dąbrowie, prawdopodobnie 22 lipca. Potem w mieście uszczelniano getto.

Ruchci nie było z rodziną. Była już wtedy mężatką. Pracowała w Krakowie w szpitalu, miała aryjskie papiery, ale zachorowała na tyfus. Nie mogła tam  dłużej zostać.  Była rozdzielona z mężem. On był w obozie pracy. 

W  historii  Marvina mąż Ruchci odegra znaczącą rolę.

 

Po śmierci Altera i babci rodzice nakazali Marvinowi aby się ratował i uciekał. Samuel i Lea i ich dwójka dzieci: Necha i Israel podzielą los innych dąbrowskich Żydów i zostaną zabrani do getta w Tarnowie.

Czy zginęli w Tarnowie? Czy  ich szczątki są wśród ofiar w mogile zbiorowej na tarnowskim cmentarzu żydowskim, albo w Lesie Buczyna, gdzie często jestem? A może zostali wywiezieni do któregoś z obozów? Nie wiem.

Nie wiem, czy wiedział to Marvin. W 1992 roku pojechał do Bełżca. Przypuszczał, że tu zamordowano jego rodzinę. Jest to możliwe. Z Tarnowa wywożono Żydów również do tego obozu.

Po wojnie szukał rodziny, minęło wiele miesięcy zanim zdał sobie sprawę, że został na świecie sam.

Z biegiem miesięcy zdałem sobie sprawę, że zostałem zupełnie sam, było to okropne uczucie. Słyszałem o ludziach, którzy popełniali samobójstwo z samotności. Byli zupełnie sami…

  

Kierując się prośbą rodziców, Marvin uciekł z Dąbrowy. Przedostał się przez Wisłę i zatrzymał się w Połańcu, miasteczku, gdzie po deportacji mieleckich Żydów schronienie znalazło wielu mielczan. Prawie nie było tam Niemców, było w miarę bezpiecznie.

Nie miał żydowskiego wyglądu – tak odpowiedział kiedy przeprowadzający wywiad zapytał czy wyglądał jak Żyd. Ale nieżydowski wygląd i tak nie pomagał,  nie miał szans na zdobycie aryjskich dokumentów.

Któregoś dnia złapali go Niemcy. Żydowski "policjant" obecny z nimi, poprosił Niemców żeby go puścili wolno. Marvin tłumaczył, że idzie do pracy. Zaczął biec i schronił się w krzakach. Udało się, uratował życie. Mniej więcej w tym samym czasie dowiedział się, że jego rodzina trafiła do getta w Tarnowie.

 

            Któregoś dnia głodny Marvin zastukał do drzwi Polaków, prosząc o pomoc. W chwili udzielania wywiadu, nie pamięta czy dostał jedzenie, ale po kilkunastu minutach pojawiła się grupa Polaków i nie była to grupa przyjaźnie do niego nastawiona. Ukrył się w krzakach i dzięki temu, nie znaleźli go. 

W tym czasie żywił się tym, co znalazł w polach.

Jego szwagier, mąż Ruchci, przebywał wówczas w obozie Baumer&Losch w pobliżu Mielca 10. Jak wielu innych Żydów, Marvin próbował dostać się do obozu, to była jedna z najbardziej popularnych strategii przetrwania Żydów w okolicy Mielca. Niestety nie miał pieniędzy aby dać łapówkę , która umożliwiłaby dostanie się do obozu. I tym razem cudem uniknął śmierci, bo Niemiec z którym rozmawiał strzelał do niego. Ratował się ucieczką, spędził noc w lesie. Z pomocą przyszedł mu mąż Ruchci, który dał łapówkę w wysokości 50 dolarów. W obozie była również jego siostra, ściągnięta tam przez swojego męża. Kobiety i mężczyźni mieszkali w osobnych barakach.

Podczas pobytu w obozie ich praca polegała głównie na budowie dróg. Głodowali. Szwagier miał trochę pieniędzy, więc czasem mogli liczyć na pomoc Polaków.

W tym obozie przebywał około 1,5 roku. Po jego likwidacji zostali zabrani do obozu przy Fabryce Samolotów w Mielcu. Cieszyli się z tego faktu, bo chociaż słyszeli, że komendant obozu to tyran, to warunki w obozie są lepsze.

To tutaj Marvinowi wytatuowano numer obozowy.

W Płaszowie nie tatuowano więźniów, ponieważ przełożeni Gotha z Berlina odrzucili jego wniosek, żeby nas w ten sposób znakować, i to mimo, że uzasadnił go potrzebą łatwiejszej identyfikacji uciekinierów. W Mielcu sytuacja wyglądała inaczej. Po przybyciu zostaliśmy ustawieni w jednej linii przed wyraźnie znudzonym i coraz bardziej poirytowanym oficerem SS, który siedział za maszyną i notował nasze dane 11 – tak wspomniał to w swojej książce Ocalony, Josef Lewkowicz.

Proces tatuowania był bolesny. Używano do tego grubej igły. Sprawiało to więźniom wielki ból.

Obóz był już wówczas filią KL Plaszow.  Marvin miał tatuaż  na prawym przedramieniu. 

W obozie byli niemieccy i ukraińscy strażnicy. Byli też żydowscy kapo. Jeden z nich mówił sam o sobie: jestem żydowskim gestapowcem. Był okrutny. Wyjątkowo zły. Nie przeżył wojny.

Gdyby przeżył, zostałby zabity potem przez tych, których dręczył – przypuszczał Marvin.

W Obozie B&L było około 150 więźniów, w obozie przy Fabryce – około 1 tys. Tak zapamiętał to Marvin.

Josef Lewkowicz wspomina o grupie 1,5 do 2 tysięcy więźniów.

Było zimno, nie mieli butów, w zimie dostawali zimną herbatę, miskę zupy i kawałek chleba na cały dzień. Prysznice były na zewnątrz, oczywiście z zimną wodą.

Ludzie chorowali. Nie było lekarstw. Była niewielka wydzielona strefa, coś w rodzaju szpitala, gdzie zabierano chorych.

Praca dla Marvina nie była aż tak ciężka, pracował w Fabryce, przy samolotach, musiał „wygładzać” metal ostrymi narzędziami. Pracował przy lekkich ramach do samolotów.

Pracowali jednak długo, najczęściej od godziny 7 rano do 18, 19.

            Dokładnie pamiętam swoją telefoniczną rozmowę z więźniem obozu w Mielcu, Stevem Israelerem. Również był nastolatkiem, jeszcze młodszym niż Marvin. Steve zapytał mnie jaka odległość dzieli Mielec od Krakowa. Powiedziałam, że około 130 kilometrów. Powiedział wówczas: tak niewiele, a my trzy dni jechali do Wieliczki.

Odpowiedziałam: ach,  tym pociągiem? (wiedziałam, że kiedy likwidowano obóz, skierowano transport do Wieliczki, do dzisiaj można w Mielcu zobaczyć rampę z której odjeżdżali więźniowie). Moja droga – powiedział Steve – to nie był pociąg…

Zrobiło mi się wstyd, z oowodu tego co powiedziałam, bo to nie był wygodny pociąg…Przecież to wiedziałam.

Marvin podobnie opowiadał o tym podczas udzielania wywiadu: to nie było coś, co ty nazywasz pociągiem, to były bydlęce wagony.

 

            Marvin znalazł się w  Wieliczce, w kopalni soli, gdzie również był obóz. Mężczyzn posyłano stamtąd do różnych obozów. Jego grupa została w Wieliczce. Kobiety wysłano do obozu w Stutthof. Jego siostrę również. 

Znam nazwiska jeszcze kilku mielczanek, które trafiły do tego obozu. Jedna z nich była żoną wujka Mosze Borgera, nazywała się Estera Borger z domu Koller i nie przeżyła wojny.  W Stuthoff życie straciła również dziewczynka, Zosia Wachs. Obóz przeżyła Regina Berger, po wojnie używająca nazwiska Lieba Perlman. Być może to od niej Marvin dowiedział się  o tym co się stało z jego siostrą?

            W Wieliczce Marvin przebywał przez kilka miesięcy. Tak to pamięta. Na początku wydobywali sól.  Stamtąd trafił do obozu w Płaszowie, gdzie warunki były również bardzo złe. Zgłosił się na ochotnika, podając się za mechanika i został przewieziony do Niemiec, do Zschachwitz koło Drezna (był to podobóz KL Flossenburg, wg danych ze strony IPN starty, w Niemczech przebywał od 16 października 1944 roku).  W Zschachwitz był do lutego 1945 roku. Obozem zarządzali cywilni Niemcy, jego przełożonym był starszy człowiek, mechanik. Wykonywali części do czołgów. Fabryka jednak została zbombardowana i wysłano ich do Litomierzyc na terenie Czech. Szli tam zimą około dwóch, trzech tygodni, dostawali niewiele jedzenia. Tutaj zostali zaledwie kilka dni, 3 dni lub tydzień – zatarło się to w pamięci Marvina.

Z Litomierzyc na piechotę znowu wysłano ich w kolejne miejsce, był to Terezin. Tutaj Marvin doczekał wyzwolenia przez Armię Czerwoną (8 maja 1945 roku).

            Czuł się szczęśliwy z powodu, tego, że przeżył. Jego kondycja fizyczna nie była najgorsza, chociaż był przeraźliwie chudy. Z grupą innych ocalonych dostali się do Pragi, gdzie pomógł im Czerwony Krzyż. Nie mieli pieniędzy, nie mieli dokumentów. Kolejnym przystankiem na jego drodze było Pilzno. Tutaj znaleźli schronienie w kościele, gdzie znowu uzyskali pomoc.


Niemiecką granicę przekraczali nielegalnie, bez dokumentów. Była Norymberga, Monachium, w końcu obóz dla Dipisów. Tutaj próbując odbudowywać swoje życie Żydzi organizowali szkołę, założyli też klinikę, gdzie Marvin wykorzystywał swoje dentystyczne umiejętności zdobyte na początku wojny. Podjął też studia w Niemczech, ale przerwał je wyjazd do Stanów Zjednoczonych.




Zbiory Arolsen Archives

Wiedział, że nie chce zostać w Niemczech. Miał wybór albo Palestyna (co wówczas było bardzo trudne) albo Stany Zjednoczone. Wiedział, że w Ameryce mieszka siostra jego matki. Odszukał ją i to właśnie Rachela Jochnowitz, mieszkająca na Brooklynie, pomogła mu dostać się do Ameryki. W marcu 1949 roku wypłynął na statku z Bremen.  Przy jego nazwisku widnieje zapis: dental mechanic (technik dentystyczny).

Sądząc pod datach (list jego ciotki Racheli datowany jest na 27 lutego 1946 roku, a Marvin opuszcza Niemcy dopiero w marcu 1949 roku) załatwienie formalności związanych z wyjazdem, nie było łatwe.


zbiory Arolsen Archives

 

Resztę już znacie. W 1954 roku Mendel Balsam z Mielca, wtedy już zapewne Marvin, poznał swoją żonę Irene z domu Weinstock i rozpoczął budowanie rodziny.

Przeżył 85 lat, zmarł 6 lutego 2010 roku.

Tak skończyła się ta historia.

Ale czy naprawdę  się skończyła?

Marvinowi udało się przeżyć. Ożenił się.

Miał dwóch synów, wnuki.

Historia ma ciąg dalszy.



W 1992 roku  Marvin znalazł w sobie  tyle siły, aby   wraz ze swoimi synami przyjechać do Polski, która była już nie tylko wspomnieniem pięknego dzieciństwa, ale też kojarzyła się z niewyobrażalnym bólem i cierpieniem. Odwiedzili Mielec, Dąbrowę, Tarnów, Kraków, Bełżec, Majdanek, Wieliczkę.  Warszawę. Z tej podróży powstał przepiękny film, który wzruszył wiele osób nie tylko w  Mielcu, ale i w Dąbrowie. Przekazywałam go wszystkim, którzy byli ciekawi... Syn Marvina dał  nam pozwolenie by dzielić się  tym obrazem ze wszystkimi, którzy będą zainteresowani losami jego rodziny. 

Nie da się przejść obojętnie obok scen z dąbrowskiego cmentarza kiedy Marvin opowiada o zamordowanych członkach rodziny, a po policzkach płyną mu łzy. Kiedy kończyła sie wojna miał 20 lat i został zupełnie sam...

Nie da się przejść obojętnie obok scen kiedy widzimy Marvina odmawiającego kadisz albo rozmawiającego z dawnymi polskimi sąsiadami, których również ogarnia wzruszenie.


Ostatnim akordem filmu jest wizyta w Warszawie. Na jednym z żydowskich budynków, na  drzwiach jest świeży "malunek" - swastyka.  Co czuł Marvin widząc coś takiego? Trudno to sobie wyobrazić.

 

A Ruchcia?  Ta piękna dziewczynka ze zdjęcia z podania o wydanie dowodu osobistego…


Marvin pokazujący podanie Ruchci w mieleckim Muzeum.

Na zawsze pozostanie na kartach dziennika Mosze Borgera, który zdeponowany jest w Instytucie Yad Vashem.  Ta śliczna mielecka nastolatka zajmuje wiele miejsca w zapiskach Borgera. 

Po wojnie, w Niemczech, w Monachium, Marvin spotkał trzy  kobiety, które przeżyły Stutthoff. Opowiadały o tym, jak Niemcy ewakuując obóz wsadzili więźniów na statek i go zatopili. Taki los spotkał również Ruchcię. Tak to przedstawiły. Faktycznie w tej opowieści może być dużo prawdy, 25 kwietnia 1945 roku był początkiem ewakuacji obozu drogą morską; ewakuacja objęła około 3300 więźniów. W obozie spalono 7 baraków żydowskich; transport ten realizowany barkami dotarł do Zatoki Lubeckiej, gdzie więźniów umieszczono (wraz z więźniami  KL Neungamme) m.in. na trzech statkach "Cap Arcona" „Thielbeck” i „Athen. Po drodze wielu więźniów chorowało i wyrzucano ich za burtę…12

 

            Kilka lat temu byłam w Sztutowie, na terenie byłego obozu Stutthof. Nigdy nie zapomnę tej wizyty, tej przerażające cichej pustki  w środku lasu… Nie wiedziałam wówczas, czy do tego obozu trafił  ktoś z Mielca, zastanawiałam się nad tym,  wiedza przyszła później. Położyłam kamyk przy pomniku, na znak pamięci o ofiarach. To był kamyk również dla Ruchci. Wtedy tego nie wiedziałam…

 

 

 

Tekst: Izabela Sekulska

Tekst jest wyłączną własnością autorki, cytowanie możliwe jedynie za podaniem źródła.

 

Dziękuję Scottowi Genzerowi za przekazanie mi filmu o wizycie Marvina Balsama w Polsce, który stał się asumptem do poznania losów rodziny Balsamów i  dalszych poszukiwań. Dziękuję Garemu Balsamowi za możliwość obejrzenia filmu.

 

 






 Kadry z filmu dokumentującego wizytę Marvina.

Pierwsze zdjęcia pochodzą z Mielca. Widoczna na nich jest macewa w Wisłoce.

Dwa ostatnie zdjęcia to cmentarz żydowski w Dąbrowie Tarnowskiej.

 

Korzystałam z dokumentów znajdujących się w AN w Krakowie, Oddział Tarnów, AP w Rzeszowie, drzew genealogicznych Scotta Genzera,  filmu opowiadającego o wizycie Marvina Balsama w Polsce, zbiorów Żydowskiego Instytutu Historycznego,  zbiorów Yad Vashem, zbiorów Arolsen Archives, IPN straty i książki  Josefa Lewkowicza  i Michaela Calvina Ocalony. Jak przetrwałem sześć obozów koncentracyjnych i zostałem łowcą nazistów, wyd. Media Rodzina, 2023

 

Całość wspomnień Marvina Balsama znajduje się w tym miejscu:

https://collections.yadvashem.org/en/documents/3555031

 

 Fragmenty dotyczące Ruchci Balsam z dziennika Mosze Borgera:


1937 rok

W lokalu nadal bezład. Gdy przychodzę do lokalu siadam i dumam. Sam nie wiem, zawsze chce widzieć i rozmawiać z R.B. Ona już długo nie była w lokalu.

Praca w lokalu już ruszyła, humor już odzyskałem. R.B. nadal nie widziałem.  Czy ona czuje moje intencje?


Z niecierpliwością czekałem na przyjście do lokalu R.B….m, ale naprawdę coraz bardziej odczuwam brak szczerej przyjaźni.

Muszę już wierzyć, że przeczucie nie zawodzi. Po południu w lokalu (sobota) coś podświadomie nie śpiewałem i nie tańczyłem. Przeczuwałem coś niedobrego. Oczywiście uczucie nie omyliło mnie. Podczas „onegu”  dowiedziałam się od Femy Fr….n, że Ruchcia odjeżdża do Łodzi. Ta wiadomość oszołomiła mnie, tym bardziej, że od dłuższego czasu nie miałem sposobności „sam na sam” z nią rozmawiać, a teraz nie miałem widoku żadnego, aby się z nią spotkać dla pomówienia z nią i pożegnania. Udało mi się odprowadzić z lokalu do domu, ale pech. Była również jej koleżanka. W trakcie rozmowy przyrzekła mi, że będzie na ulicy o godzinie 7.30. Czekałem ale nie przyszła. Dlatego postanowiłem iść na stację, gdy będzie odjeżdżała, ale nie potrafię z nią rozmawiać. Wobec tego, że R….a B…m odjeżdża walczą we mnie duże myśli, pierwsza aby zbytnio tym się nie przejmować, abym mógł z czystym sumieniem szukać gdzie indziej przyjaźni, druga dyktuje mi, aby starać się zobaczyć z R….ą i wyjawić jej moje zamiary, a potem starać się o kontakt listowny z nią. Dotychczas nie zdecydowałem się jeszcze.

Nazajutrz o ósmej byłem na stacji ale R…i nie było, widocznie odjeżdża dopiero o drugiej w południe. O drugiej idąc na stację spotkałem I…ą F……n, od której dowiedziałem się, że Ruchcia jedzie dopiero o piątej.

To oczekiwanie bardzo mnie denerwuje. O piątej byłem już na stacji i patrzyłem na drogę przez okno stacji. Zobaczywszy Ruchcię wyszedłem naprzeciw i pożegnałem się z nią. Plan jazdy z nią do Rzochowa odrzuciłem jako sztubacki.

 Umysł mój jest zajęty R….ą. 



 Coraz mniej myślę o R….i ale bynajmniej nie zawracam sobie głowy z inną.


Korzystając z tego, że koleżanki R….i piszą do niej list. Dołożyłem również następujący list

Szalom R…..u!

Chce napisać Ci obszerniejszy list, ale przedtem proszę napisz czy zgadzasz się na to na jaki adres mam pisać. Jeśli chcesz napisz mi odpowiedź na mój adres: M. Borger Mielec posterestante.



Marzec

1       Zajęty jestem nauką.

2       Koleżanki otrzymały list od R….i W tym liście R….a zapytuje się koleżanek czemu stroją wice i posyłają jej na mój adres. Widocznie nie spostrzegła nic we mnie, ani zainteresowania dla niej. To też osłabiło moje zainteresowania dla niej. Widzę, że zdaje się nic z tego nie będzie.


Dowodzi to, że Bl… bardzo jest zainteresowana mną. Podczas rozmowy dawałem jej do zrozumienia, że jeśli Ruchcia okaże się taką jak chcę wrócę do niej i starą przyjaźń rozwinę w miłość. Postaram się z nią zobaczyć i jeszcze o tym pomówić, co z R…ą zdaje się że nie będzie. Tema odjechała i nie mam przez kogo do Ruchci pisać. Rozmowa toczyła się przed lokalem podczas „Onegu”.


T…a FR. Powiedziała mi, ze R…a napisała jej, że do mnie napisze. To słowa mnie w kłopotliwym położeniu (tu chyba brakuje słowa „stawiają” – I. S.) w związku z niedawnym postanowieniem.

 Zabieram się codziennie do odpisania R…a, ale zawsze coś się nie udaje. Tracę zapał i wiarę w tę sprawę.


Są pewne chwile, w których głęboko odczuwam brak szczerej mi duszy. Duszy, w którą mógłbym przelewać własne uczucie i stamtąd je również czerpać wraz z zapałem i podnietą. Może tą będzie R…a.

Niezwłocznie do niej napisze, a jeżeli odpisze, że rozumie moje myśli i uczucie to bezwzględnie podtrzymuje kontakt listowny dla utrzymania łączności oraz do jej powrotu do Mielca.



Od R….i dotychczas nie otrzymałem odpowiedzi, więc nie myślę już więcej zawracać sobie głowy nią. Ostatecznie nie stoję przecież tak nisko, aby była ideałem nieosiągalnym, nie mogę się przecież komuś natrętnie narzucać bo przez to poniżam swoją godność i wartość.


Zawróciłem sobie głowę R….ą to odjechała nawet na moje trzy listy nie raczyła odpisać


Otrzymałem życzenia noworoczne od R.


Nadeszła odpowiedź do R.B. List Nr 1.


Październik

Otrzymawszy list od RB musiałem jej choćby z grzeczności odpowiedzieć. Napisałem jej więc list ale trochę ostry, dołączyła również list i zdjęcie Tema.

Szalom R…

List Twój bardzo mnie rozczarował. Nie rozumiem dlaczego przedtem nie mogłaś odpisywać na moje listy, a teraz znowu możesz. Nie wiem również dlaczego nie odpowiadasz na pytania podane w ostatnich listach. Przykro jest, że po czterech listach odpisujesz już w tonie urzędowym i do tego nie odpowiadasz na pytania. Co do stosunków w gnieździe donoszę Ci, że obecnie w okresie upadku gniazda, wzmaga się na siłach praca  idzie . Zaprowadzono drugi hebrajski itp. Tema załącza Ci zdjęcie. Szalom Moszek.


(...)po drugie wpłynął na to list od R.B. List nr 2. W liście tym niedwuznacznie przeprasza za dotychczasowe postępowanie i pisze już jak sobie życzyłem na moje pytania. W zestawieniu obydwu R.B… ma nad P.B. przewagę i pięknością i rozumem. 


Otrzymałem do R.B. list. O skutkach częściowo wyżej pisałem. Wobec tego, że R… ma już przyjechać po Chanuka znajduje się w kłopotliwej sytuacji i mianowicie przedtem otrzymałem od R… jakikolwiek  zdenerwowany mówiłem jej koleżankom, że mi już na niej nie zależy, bo ona raczej zyskuje na mnie, a nie ja na niej więc ona ma więcej starać się mnie pozyskać, a teraz boję się, że jej to koleżanki powiedzą więc ona będzie myślała, że i teraz tak jest. Dlatego będę musiał tę sprawę dyplomatycznie załatwić. Na jej list odpowiem już wkrótce i poproszę ją aby mi przed przyjazdem napisała (ze względów oszczędnościowych) pocztówkę, którym pociągiem przyjeżdża, abym mógł być na stacji). Wobec powrotu R. muszę przestać chodzić na spacery z P.B. Nie jestem jeszcze z nią zaangażowany i ona też nie zawraca sobie zbytnio tym głowy więc mogę całkiem śmiało przestać odprowadzać ją do domu czy na ulicę.


Po kilkunastodniowej zwłoce odpisałem R. list ale nie tyle z chęci utrzymywania z nią stosunków, ale z grzeczności. Nie mogę się jeszcze zdecydować jak się mam do niej ustosunkować. Są atuty pro i kontra. Na razie czekam na jej przyjazd po Chanuka.

Szalom R.       Mielec, dnia 30 listopada (1937)

Wybacz, że tak zwlekałem w odpowiedzi, ale stało się to dlatego, że miałem ostatnio wiele nauki.

Tema powiedziała mi, że będziesz po Chanuka w domu, z czego jestem bardzo zadowolony (cieszę się) bo nareszcie będziemy mogli o wszystkim pomówić. W liście to trudno o wszystkim pisać. Zdjęcie przysłane dla Temy jest bardzo ładne, zobaczę jak też oryginał obecnie wygląda, gdy przyjedziesz.

Staraj się przyjechać.

Proszę Cię napisz kartkę kiedy dokładnie przyjedziesz. Nie domyślałam się treści listu od rodziców, który Cię zdenerwował. Załączam list Chawy.

Pozdrawiam Cię Moszek


Ruchcia przyjechała.

Akuratnie wychodząc w piątek w południe z domu, spotkałem ją jadąca fiakrem z pociągu.

Przywitałem się z nią w sobotę po południu w lokalu.

Po „Onegu” odprowadziłem, spacerowałem z nią na ulicy, a później odprowadziłem do domu. Podczas spaceru wyjaśniliśmy sobie wzajemne żale: ja usprawiedliwiłem się z ostrych słów w liście do niej i wymówionych do koleżanek, ona zaś wytłumaczyła zwłokę w odpowiadaniu.

Jest bardzo ładna i rozwinęła się bardzo umysłowo jak na jej możliwości.

Tydzień po przybyciu spacerowałem z R. po naszej ulicy prawie 1 i ½  godziny.

Rozmawialiśmy o różnych rzeczach, między innymi wspomniałem, że po maturze wyjeżdżam to R. odrzekła: wiesz Moszek zasmuciłeś mnie, to jej sprawę zaczęłem tłumaczyć, że nie na stałe i.t.p. W ogóle z rozmowy tej jej wynika, że wie, że ja myślę, że ją lubię. Ale kto może powiedzieć coś o przyszłości, ona prędzej za mną, ale ja nie. Nie wiem przecież co będzie ze mną później po maturze.

Dlatego dla swojego i jej spokoju, abyśmy obaj nie przeżywali tragedii postaram się nie wzbudzać ani w sobie ani w niej silniejszego uczucia, aż do zdania matury, gdzieś 3 miesiące temu, to samo mówiłem w związku z P.B., jednak dotrzymałem tym razem, muszę dotrzymać i dotrzymam postanowienia.

Spacer i rozmowa sprawia mi wielką przyjemność, jest dla mnie odpoczynkiem po kilkunastogodzinnej nauce. Pożyczam jej różne naukowe książki aby rozwinęła trochę zebrany swój zasób wiedzy. Mam nadzieję, że przy swych wielkich (?) posiądzie trochę wiedzy. Chcę bowiem by panna moja miała maturę lub była trochę wykształconą.


Nie wychodzę prawie z domu, mam bowiem wiele nauki.

Myślę tylko o szkole.

Z R.B. widzę się mało.


Spostrzegłem, że R.B. odnosi się do mnie inaczej niż zwykle. Uważam, że i ona powinna się starać w utrzymywaniu przyjaźni, w przeciwnym razie to jest bez wartości. Narzucać się nie myślę. Jej powinno na mnie tyle zależeć, ile mnie na niej.

Postaram się przekonać, co jest tego przyczyną. W tym celu chociaż nie miałem czasu, wychodziłem do lokalu wciąż myśląc, że ją tu spotkam.

Ale na próżno. Zdaje się, że ma teraz przed świętami dużo roboty więc nie przychodzi do gniazda za wyjątkiem zbiórek i robót, a ja znów kiedy są zbiórki, mam najwięcej nauki.

Gdy wreszcie spotkałem ją, to idącą do Temy po lekcję jakąś buchalterii, spytałem się czy wnet wyjdzie, więc poczekam na nią w lokalu. R.B. powiedziała, że przyjdzie po odpisaniu lekcji wobec tego ja miałem czekać aż do dziewiątej. Tymczasem czekałem w lokalu aż do 10 – tej. Nie wiem czy zrobiła to celowo w każdym bądź razie muszę z nią porozmawiać otwarcie i spytać się co ona w ogóle myśli. Zdaje mi się, że wchodziła w grę intryga koleżanek, albo jej głupia duma.

W wypadku pierwszym postaram się wszystko wyjaśnić, w drugim dla obopólnego spokoju, złożę broń.

Trudno przyjemności nie sprawił mi fakt, że gdy ja byłem z T.F i Ch.W. i R.B. w jednym pokoju, R.B. zamiast żartować, zbliżyć się, abyśmy się mogli jak zwykle umówić na wieczór, wyszła do drugiego. Nie wymagam rzucania się w ramiona, bo tak zwane łatwe sztuki wartości u mnie nie posiadają, ale z drugiej strony dziewczyna szczera, której na chłopcu zależy nie wyjawiając tego ułatwiać spotkania. Tak zresztą robi J.M i ...(nie odczytałam inicjałów).


Ilekroć spotykam R.B. czuję, że ona ma do mnie żal. Zdaje się, że ona widząc, ze nie interesuje się nią przestała dlatego do lokalu przychodzić.

I nie myliłem się.

Przypadkowo spotkałem  się z B.Z. i w trakcie rozmowy prowadzonej z nią dowiedziałem się, że P.B. wyraziła się, ze jestem podły i.t.p. Wiadomość ta zabolała mnie bardzo. Przecież nic nie przyrzekałem, nie wyzyskiwałem, jeden tylko całus aż taka zbrodnia. Gdybym był wiedział, że do tego nie zacząłbym w ogóle. Rozmowa ta dała mi jeszcze jeden ważny szczegół tyczący stosunku R. B. do mnie. Dowiedziałem się mianowicie, że P.B. odprowadzanie itp z mojej strony traktuje z „łaskawą pobłażliwością”, nic więcej.

Trudno.

Ten szczegół jeszcze bardziej upewnił mnie, że R.B. zmieniła stosunek do mnie. Dla wyjaśnienia tego umówiłem się z R.B. przez T.F. na piątek wieczór. Tymczasem o umówionej godzinie z powodu nieporozumienia ja czekałem na nią w lokalu, a ona na mnie w „naszej ulicy”.

Takie ja już mam szczęście. Od tego przypadku zawisł los mojego stosunku do B. Wobec tego w sobotę po południu poszedłem do lokalu by się z nią zobaczyć, ale nie było jej. Spotkałem ją dopiero na Onegu. W lokalu tańczono. Po długim kołowaniu doszedłem do niej i rozpocząłem rozmowę.

Powiedziałem jej o nieporozumieniu, i o tym, że chciałabym się z nią koniecznie, ponieważ mam pomówić z nią o czymś ważnym.

R.B. chciała, abym mówił o tym w lokalu uzasadniając tym, że wieczorem nie może wyjść.

Na to zwróciłem jej uwagę, ze przecież taką ofiarę może zrobić i postarać się, aby rodzice pozwolili jej wyjść.

R.B. że nie zależy. No to powiedziałem jej, że wobec tego, że jej na tym nie zależy, to i tak rozmowa nie ma znaczenia. Gdy do niej mówiłem to słuchała mnie z nieukrytą niechęcią i nawet kilka razy odwracała się. Ale znosiłem.

 Dwa razy w ciągu rozmowy odeszła tańczyć (tańczyli smarkacze nie przepraszając. Nie wiem czy taniec z  Chielem M. sprawił jej wielką przyjemność. Tu widziałem jasno i wyraźnie szydzenie ze mnie traktowanie jakbym był ostatnim i najgorszym. Wobec tego wyszedłem na ulicę z myślą zaprzestania próśb. Nie nie mogłem uspokoić się, zbyt głęboko  wryło mi się to w duszę abym mógł raz dwa zerwać.

Rok myślenia i oczekiwania. Odruchowo wróciłem do lokalu. Koniec soboty. Wszyscy szli do domu ale R.B. nie spieszyło się. Spytałem ją dlaczego nie idzie – przecież mówiła, że nie ma czasu.

Nie odpowiedziała na to nic. Deszcz padał czekałem dalej w lokalu aż padać przestanie, skorzystałem z tego, że po odejściu koleżanek została sama i spytałem się dlaczego odnosi się do mnie specjalnie z opryskliwym humorem – odpowiedziała, że nie – później spotkałem jaki jest powód (słuchała jakby zmuszona do tego). Weszła do lokalu nie oglądając się na mnie. Głuptas poszedłem za nią. W lokalu odpowiedziała, że może jest powód. Spytałem czy jest przekonana o prawdzie powodu. Odpowiedziała, że nie zależy jej. Gdy dalej do niej mówiłem odeszła bez niczego w inną stronę zostawiając mnie jak głupiego.

To było już za dużo. Zabolało mnie to bardzo. Następnie alby zapewnić się przed odprowadzeniem wyszła z lokalu z jakąś dziewczynką z III go gdudu i weszła do T.F.

Wychodząc powiedziała mi demonstracyjnie: szalom!

Widziałem, że sprawa jest przesądzona.

Jak wariat leciałem z lokalu i prawie biegiem poszedłem do domu, oszołomiony, zrezygnowany do niej.  Czyż takie obchodzenie się nie może mnie boleć.

Ja który od pierwszych chwil jej należenia do organizacji starałem się ją pozyskać, zerwałem z B – po jej wyjeździe szturmowałem bezskutecznie listami i z niecierpliwością oczekiwałem odpowiedzi a gdy ja potem listy otrzymywałem nie ukrywałem już swoje radości, otwarcie mówiłem koleżankom i kolegom.

Przestałem chodzić z P.B. co do której miałem szczere zarazu myśli, gdyż myślałem, że R.B. nie odpowie, ze ma jak mówili zaręczyć się z kuzynem. Muszę przecież mieć przyjaciela – ciółkę.

Przyjechała, kilka spacerów z nią utwierdziło mnie jeszcze bardziej w nadziejach. Nawiasem nie ja nagrywałem, ale ona. Cieszyłem się, że uczy się. Każdą chwilę  starałem wyzyskać by z nią się zobaczyć.

Chociaż jestem dwa tygodnie przed maturą przyszedłem do lokalu, aby się z nią zobaczyć. Ale ona tego nie rozumie. Nie potrafi ocenić moich poprzednich starań, odseparowanie od dziewcząt, latania za nią na przyjeździe i.t.p. zabiegi. Nie wiem czy nie zdaje sobie sprawy, że poza urodą nie ma innych atutów, a ten czasem nie wystarcza. We mnie traci szczerego i oddanego człowieka, nie chwaląc się stojącego pod wieloma względami wyżej od niej. Zdaje się, ze lepiej przypadają jej do gustu płaskie u głupie umizgi chłopców, którzy chcą dziewczynę tylko wyzyskać.

Nie widzi szkoda. Mnie boli bardzo. Trzy razy z rzędu zrywać to zanadto.

Czy ona wyobraża sobie, że ja na niej robię jakiś interes. Ślepa by była nie widząc, że istotnie tak nie jest. Serce mam zranione. Widzę, że trzeba zawsze zachowywać jak samiec, nie zniżać się przed dziewczyną, nie ulegać jej, a rządzić nią. Bo szczere uczucia nie mają zdaje się znaczenia. Jej na pewno ktoś na mnie dużo złego nagadał.

Ale dlaczego ona nie stara się przekonać czy jest to, ale odnosi się do mnie arogancko jak do takiego co leży pod jej stopą. Nie mogę tego wytrzymać. Trudno znosić takie obchodzenie się od osoby, którą się lubi. Jestem zdecydowany zerwać. Ja jej nie mam prawa zmuszać aby mi się odwzajemniła lub chciała ze mną chodzić.

No ale dlaczego zwodziła mnie przeszło rok. Z nią jeżeli co się  nie wyświetli będzie mnie to wiele kosztowało. Rozpadną się moje plany. Miałem zamiar kupić jej na imieniny 15 kw. większy prezent. Jeszcze nie zdecydowałem się jaki to będzie. Zbyt silnie wryła się mi w serce, aby mógł już zerwać. Wprawdzie po jej obchodzeniu, powinienem to zrobić, aby nie okazać się mazgajem, pantoflarzem, ale mimo to pomówię jeszcze o tym z T.F. Może dowiem się o przyczynach. Od T.F. dowiedziałem się, że przyczyną tego „gniewu” jest to, że ja jestem kobieciarzem, a lubię udawać świętoszka i chodzę z pięcioma pannami naraz. Zresztą powiedziała T.F. w imieniu R.: ona nie myślała o niczym poważniejszym. Ten powód wprawił mnie w wielki smutek, a zarazem postawił mnie w pozycji  bez wyjścia.

 

 

 

Przecież jeżeli ja przestałem chodzić z P.B. czy  B.L. to tylko dla niej a tu przecież zarzuca mi się zakłamanie, w chwili gdy ja właśnie nie chciałem oszukiwać co zresztą robią moi koledzy.

Na powyższe zarzuty odpowiedziałem T.F. wszystko co mi na sercu ciążyło tak, że pożałowałem swojej szczerości. Ze zdenerwowania powiedziałem nawet kilka niestosownych słów. Ale zranionemu uczuciem wszystko się wybacza. Mimo tej odprawy powiedziałem T. F. że nie uważam tego za załatwione i domagam się od R. by na mnie zarzuty powtórzyła i wysłuchała wytłumaczenie, a wtedy może mi mówić najgorsze rzeczy, a nawet jak T.F. mówiła, że mnie nie wierzyć.  Do powyższego żądania dodałem, że jeżeli R. nie zechce wyjaśnić to zarzuty będę uważał za bezwstydne kalumnie uwłaczające mojemu imieniu. I to przyniosło pożądane korzyści. Wprawdzie przyrzekłem sobie nawet w przypadku cofnięcia przez R. zarzutów, zerwać z nią, ale uczucie zwycięża moją wolę.

 

W sobotę po południu przyszła R. na umówione spotkanie i podane mi za pośrednictwem T.F. miejsce.

Zrazu rozmowa nie kleiła się, później zaczęliśmy do sprawy. R. wytłumaczyła pierwsza wszelkie zachowanie spowodowane było jakimś zmartwieniem a zarzuty podane T.F. były tylko jej obroną, gdyż nie miała śmiałości mówić potem ze mną. Przyjąłem to wytłumaczenie z jej strony a zarazem opowiedziałem, że mnie to bolało. Ale w końcu doszliśmy do zgody, podaliśmy sobie ręce i przyrzekli sobie nie dokuczać. Teraz będzie dobrze.

Dalej żyjemy jak przedtem.


Otóż Salek (?) A. rozmawiając ze mną wyjawił mi, że jego koledzy mają zamiar poznać R.B. gdyż bardzo się im podoba. Samo poznanie to nic, ale wpływ jaki wywrze ich towarzystwo na młodą, niedoświadczoną dziewczynę napawa mnie lękiem. Przy tym też wiem, że jej się te konkury będą podobały. Boję się, że ona się zepsuje, i ją stracę. W nocy, w której S.A. mi o tym mówił chodziłem jak struty. Nie wiem jak temu przeciwdziałać. Zmuszać do czegoś nie mam prawa, wyjawić, że kocham boję się, bo nie wiem jak ze mną w życiu będzie. Smutek mój powiększa jeszcze fakt, że widzę wyraźnie jej wzajemność.

Ostatecznie zdecydowałem się wszystko jej powiedzieć i całkiem szczerze porozmawiać.

Będę wiedział czy będzie jeszcze moją, gdy zza granicy przyjadę. Czy będzie tą samą spokojną i poważną R., a nie zepsutą panną, lalką?


Spotkaliśmy się. Dla łatwiejszego przejścia do tematu, o którym jak wyżej wspomniałem chciałem rozmawiać, skierowałem rozmowę na temat typów dziewcząt mieleckich.

 W czasie rozmowy przeszliśmy do jej przeżyć w Łodzi. Opowiadała mi, że nie odpisywała z początku, bo nie rozumiała mego postępowania. List po tak krótkiej znajomości był czymś niezrozumiałym.


Po rozmowie z R. opanowało mnie zwątpienie. Widzę, że muszę dać jej stanowczą odpowiedź, by wiedziała jak ma się bronić przed swataniem rodziców i tego zrobić nie mogę. Nie jestem pewny czy wyjadę z Polski, a gdybym nie wyjechał, czy potrafię tam zostać.

Pozostając w Mielcu będę musiał zostać kupczykiem piór (wiór?), bo studiować jako Żyd nie mogę, wtedy R. musiałaby o mnie zapomnieć ze względów materialnych. Niech mnie nikt nie posądzi o chciwość na posag. Wyjazd mój do Anglii, ma na celu zapewnienie utrzymania rodzinie, gdybym potrafił sam czegoś mógłbym również sam co do R. poważnie postanowić. Zostając zaś w Mielcu możliwości materialne zmniejszyłbym do minimum, a przecież troska o rodzinę, przynajmniej jej część musi iść na moje barki, wobec nie będąc materialnie pewnym sam ani nie zapewniając częściowo rodzinie, nie mógłbym niczego co do R. postanowić. Boli mnie to i gnębi, ale muszę przecież słowa R. Rollanda z Duszy zaczarowanej „  Że nie tylko żyjemy z miłości”.


Zachowanie R. wskazuje wyraźnie, że chwila decyzji nadeszła. Odprowadzam ją, pytam się będąc już niedaleko od domu, czy nie boi się aby jej ktoś nie zobaczył, rodzice, to odpowiada, że już nie, bo w domu już o wszystkim wiedzą.

Matka powiedziała jej, że wie o niej, że chodzi z chłopcami, szczególnie ze mną. Uświadamiała jej oczywiście na swój sposób, że nic z tego nie będzie, żeby nie zawracała sobie głowy i.t.p. kawałki. R. odpowiedziała jej, że „może już chodzić z kolegami”. Z tonu jakimi te słowa wypowiedziała, można było wywnioskować, że matka po prostu zarzucała jej, że kocha się ze mną no i w czarnych barwach przedstawiała koniec romansu, a R. jej odpowiedziała, że wolno jej kochać również. Następnie aby przekonać się o moim stanowisku, zapytała mnie co bym odpowiedział, gdyby podobne zarzuty czynił mi ojciec. Zrozumiałem, że pytanie to jest celowe i nie chcąc definitywnie odpowiedzieć przechodziłem z tego wypadku szczegółowego na platformę ogólną, ale R. kilka razy wracała do tego pytania, tak że w końcu powiedziałem, że nie zaprzeczyłbym, dlatego, że to moją sprawą wewnętrzną jest do której nikt nic nie ma.

Ledwie udało mi się do końca spaceru wymijać temat ten.

Dziwne jest zachowanie tatusia, któremu zdaje się o romansie donoszą, a nie mnie o tym nawet nie wspomina słówkiem. R. znowu dokuczają w domu swataniem.

Walczy z rodzicami, bo nie chce w 18 roku życia wiązać się. Zwraca się do mnie po radę żaląc się bardzo, że dalszy pobyt w domu w takich warunkach jest męką. Chce wyjechać pracować do Krakowa. Radzę jej w miarę możliwości. Gdybym mógł coś stanowczego o sobie powiedzieć, sprawy jej nie byłby aktualne i miałaby spokój, ale to kwestia kilku miesięcy.

A tymczasem chwała Bogu, że ani razu nie uczyniłem żadnego niewłaściwego gestu ruchu lub (?) względem R. Powiem jej tak dwuznacznie o przyczynach mojego chwiejnego stanowiska.


Opisane wyżej chwiejne opanowywało mnie coraz bardziej aż w końcu przestałem z R.B. w ogóle chodzić i spacerować.


Nie wiem z jakiego bezpośredniego powodu przestałem spotykać się z R. i wszedłem w towarzystwo „ tamtych” koleżanek.

Pomału przywracałem się do atmosfery tego towarzystwa tak, że nie odczuwałem żadnej różnicy między otoczeniem i stanem poprzednim i obecnym. Odruchowo coś starałem się unikać R. tak dalece, że starałem się jej nie kłamać.


Przyjechałem z kolonii i znowu wróciłem do tego samego towarzystwa, bo lokal był dalej zamknięty. Podczas mego pobytu R. myślała, że całkiem z nią zerwałem albo może dowiedziała się to co mówiłem Ch. W., a może że będę musiał przestać chodzić z R. go gdy ją swatają to ja muszę w końcu powziąć poważną decyzję, a tego zrobić nie mogę, zaczęła chodzić z tzw. kawalerią M.H. Randkować całą parą.

Nagle jak mi mówiono zachciało jej się bawić i używać. Że wszystkich pytano czy już z nią zerwałem i dlaczego,  donoszono mi wcale niepochlebne o niej ploteczki, a ja nic nie mogłem odpowiadać, bo sam nie wiem co.

Poszła też na five, a gdy nagle elektryka zgasła, odprowadził ją D.H. To jej zachowanie zabolało mnie bardzo. Już nie ze względu na nasz stosunek, ale choćby dlatego, że jest moją koleżanką. Obawiam się, że ta kawaleria zepsuje ją, co jej na dobre nie wyjdzie, a że to potrafi M.H. to rzecz wiadomo.

Nie rozumiem R. przecież sama źle mówiła bardzo o M.H. tak jak rzeczywiście jest, a teraz z nim randkuje. Ja osobiście znajduje w dwuznacznej sytuacji. To nie wiem jaki jest stan faktyczny, dlaczego ona z nim chodzi, czy nie przez, ze z nią ostatnio (chyba miało być – nie widziałem się). Aby więc sprawy więc definitywnie między nami załatwić, umówiłem się z nią.

O dziewiątej spotkałem się z nią. Z początku rozmowa się nie kleiła, po prostu obydwaj mieliśmy dużo do mówienia, ale krępowaliśmy się. Widząc, że R.B. czeka na bym zaczął przystąpiłem od razu do sprawy naszego spotkania. Zastrzegłem się zaraz by słowa moje bez względu na wynik naszej rozmowy uważała za chęć wyjaśnienia szeregu nieporozumień wzajemnych.

Przede wszystkim wytłumaczyłem jej, że przerwałem z nią chodzić w okresie 3 tygodnie przed kolonią, aby zastanowić się i zadecydować o dalszych wzajemnych stosunkach. Przyznam się, ze mówiłem nieprawdę, bo ani współcześnie ani teraz nie zdaję sobie sprawy dlaczego nagle przestałem z nią chodzić. Nie mogłem R. odpowiedzieć na zarzut, że nie (?zostawiłem, zdradziłem, porzuciłem) jej. Całkiem szczerze wyznałem, że zdaję sobie sprawę ze złego postępowania, ale przyczyn sam nie znam. R. powiedziała, ze z powodu mojego postępowania zmieniła całkiem zdanie o ludziach i o pożyciach. Odczułem, że ja jestem również  przyczyną jej wystąpienia z Akiby i bliższej znajomości z M. H. Zapytałem ją jednak dlaczego nie starała się poznać przyczyn bezpośrednio ode mnie przecież byłem w Mielcu a sposobności było dużo, a zresztą mogła uczynić to przez T.F. Powinna była ro zrobić skoro jej na mnie zależało. R. odpowiedziała mi, że nie miała sposobności. Powiedziałem jej, że dlatego tak upokarzałem się, by z nią spotkać bo obecnie moje położenie jest dwuznaczne i chciałbym wiedzieć co dalej będzie z nami. R. nic nie odpowiadała. Zacząłem więc o złych stronach obecnego towarzystwa o czym sama mi dawniej mówiła.  Powiedziała, że chce tylko pomóc M.H. a na jego zamiary jest dosyć uzbrojona. W trakcie rozmowy powtórzyłem jej to co mówiłem Ch.W. odpowiadając jej na pytanie dotyczące przyczyny rozluźnienia stosunków z R. bo jej sytuacja w domu wymaga ode mnie poważnej decyzji, której podjąć nie mogę bo nie jestem jeszcze samodzielny ani nie mam realnych widoków na przyszłość. Kilka razy pytałem o odpowiedź. Co będzie między nami dalej ale omijała moje pytania.

Gdy ponownie podczas pożegnania pytałem przyrzekła, że zastanowi się i przy najbliższej sposobności powie mi.

Jeżeli więc R.  powie całkiem szczerze, że lubi mnie tak jak ja ją to nasza przyjaźń trwać będzie dalej może do poważnego wyniku, a jeżeli zaś przyrzeknie tylko, że będzie dobrą koleżanką i jakieś tam komunały to poprzestanę na znajomości chociaż czasem opanowuje mnie żal i tęsknota za kimś kogo bym mógł szczerze pokochać. Zaczątek miłości jest w stosunku do R.B.  Staram się dlatego tak usilnie dalej żyć jak dawniej bo to była w miniaturze pierwsza miłość. W staraniach upokarzam się, wygłupiam, poniżam się prowadząc paradoksalnie w takich sprawach dyplomatykę, byleby to dalej trwało.

Złe strony słabej woli dają mi coraz bardziej się odczuć. Raz brak mi R. to raz znowu nie zależy mi na niej i tak wkoło Macieju. Zdaję sobie z tego sprawę i boję się tego co będzie później, gdy zajdzie potrzeba poważnej decyzji. Raz powiedziałem w towarzystwie, że w naszym wieku, wiązanie się jest bezsensowne, należy więc radować się, żyć w miarę możliwości, a innym razem znowu odczuwam brak miłości. Z jednej skrajności rzucam się w drugą i nie mogę zająć trwałego. Raz zajmuje się sportem spacerami i umawianiem z każdą dziewczyną tu znów muszę być wzorowym „przyjacielem” ( rozumiem to trochę inaczej i dlatego pisze w cudzysłowie).

Wrzesień

Rozmawiałem z M. Schreurem (?) o moim stosunku do R.B. i o mojej ostatniej prowadzonej z nią rozmowie. Mociu zarzucał mi, że przyczyną zerwania z R.B. jest to, że za mało z nią chodziłem nie chcąc zrezygnować z obecności i pracy w gnieździe, a jeżeli nawet chodziłem z nią to zachowywałem się zbyt chłodno. R.B. od razu przyjechawszy do Mielca z Łodzi już miała chęć tańczyć, a u mnie tego by nie widziała.

Na forum zatem kwucy poruszyłem sprawę noszenia torebek.

Wreszcie zarzucił mi to jeszcze, że jej nigdy nie proponowałem pójścia do kina czy gdzie indziej. Słuchałem tych zarzutów spokojnie, czekając aby móc zabrać głos.  Wprawdzie nie chodziło mi o przerzucanie winy na nią, bo twierdzę, że wina tego stanu leży między nami, ale tylko wyjaśnienie pewnych rzeczy: powiedziałem więc Mociowi, że w pracy z lokalu nie zrezygnowałem bo była ona moim obowiązkiem dobrowolnie przyjętym przyjętym, a więc jeszcze ważniejszym. Cóż by to było za postępowanie, gdybym ja do lokalu nie przychodził, aby dłużej z nią spacerować, jakbym mógł innym członkom w czymś zwracać uwagę nie będąc sam w porządku ze sobą.

Dodałem nawet Mociowi, że gdyby nawet ona nie zerwała ale z Akiby wystąpiła to by i tak musiałoby się to skończyć. To, że poruszyłem sprawę z torebką, to było z mojej strony po pierwsze obowiązkiem względem organizacji, po drugie, że zabolało mnie to, że R.B. jest taką kukiełką a ja przecież chciałem by ona była lepszą skromną poważną. Co się zaś tyczy jej tańca to powiedziałem Mociowi, że ona będąc w takich szczerych stosunkach mogła mi to powiedzieć, dać pomoc, może bym zrezygnował ze swoich zasad dla niej.

Czemu ona w ogóle nic nie mówiła o swoich życzeniach ja ich przecież odgadywać nie mogłem.

M.H. mogła mówić jak mi potem doniesiono, że chciała się bawić używać tańczyć.

Mnie tego nie mówiła. Gdy przyszło mi mówić dokładnie o porpozycji mojej, że R.B. da jaśniej odpowiedź to śmiałem się niestety bardzo gorzko ze swojej własnej głupoty i nieopanowania. Nie wiem jak człowiek normalny może stawiać propozycje. Proponować  komuś, by zastanowił się kilak dni czy mnie lubi jest idiotyzmem. Przecież odpowiedź co do uczucia sama rzuca się w usta nad tym zastanawiać się nie trzeba, rozum nie odgrywa tu żadnej roli. Co za nielogiczność R.B. ma za kilka dni powiedzieć czy mnie lubi czy nie. Tak człowiek głupieje i poniża się, gdy kogoś kocha.

J. powiedział, że nikogo nie kochał i kochać nie będzie. Z tego głupiego gadania wynika, że albo jest anormalnym przypadkiem, albo nie chce się przyznać, że on kogoś kocha lub kochał czyli, że ktoś znalazł się godny jego miłości. Głuptas wielki. Nie zdaje sobie sprawy w części nawet z życia. Mnie już życie pomału uczy. Rozumiem i zdaje sobie doskonale sprawę, że gdyby stosunek z R.B. trwał dalej miałbym wiele a wiele zmartwień, ale trudno.

Wiem, że miłość przynosi bardzo dużo przykrości, ale jest zarazem upojeniem. Człowiek czasem bez perspektywy na przyszłość musi walczyć o miłość ale nie ustępuje. Zdaje sobie sprawę z dość złego czasami wpływu na niektóre dziedziny życia, ale nic z tego sobie nie robi. Wiem, że będę musiał jeszcze dużo cierpieć z powodu miłości ale mimo to kocham.

Próbowałem walczyć, ale uległem, taką walkę zwycięską niestety tylko chwilami było niespotykanie się z R.B. przed wyjazdem na kolonię. A cóż za korzyść z tego i R.B. zrozumiała, że u mnie uczucie odezwało się ze zdwojoną siłą na „nieszczęście” za późno. Ciągnie mnie to tak daleko, że czasem myślę o kimś innym, bylebym miał kogoś. Głupie to wiem, a nawet bardzo głupie ale trudno z naturą walczyć i szkoda.

Długo zastanawiałem się czy przypomnieć o odpowiedzi, bo ona udawała jakby nigdy nic. Zrazu ze względu na prestiż nie chciałem tego zrobić, ale później męczyło uczucie i chęć zemsty. Wiedziałem, że zapytując ją o odpowiedź postawię ją w kłopocie, a że później stało się tak, że znajdowałem się w kłopotliwym położeniu, tego przewidzieć nie mogłem, jak też nie mogłem wiedzieć, że jej duma czy chłód sięgają tak daleko.

Spotkałem ją przypadkowo w sobotę, trudno mi było mówić. Zapytałem czy ona jeszcze pamięta i że upłynęło od naszej rozmowy 3 tygodnie.

„Pamiętam”. A więc gdzież odpowiedź powiadam.

„Milczenie jest wyraźną odpowiedzią”. W tym miejscu zacząłem jej mówić, że moje poniżanie i staranie wartają czegoś więcej. Ona dalej nic. A więc nic więcej nie masz do powiedzenia – zapytałem. „Tak” brzmi odpowiedź. Zorientowałem się albo rozmowę muszę a wraz z nią skończy się wszystko co mnie z R. łączyło albo muszę naszą rozmowę zacząć w mniej stanowczy sposób. Wybrałem drugie.

Zacząłem jej  o moich staraniach dochodzących czasem do wygłupiania wyraźnie dawałem poznać, że wszystko może wrócić, nie odpowiada, chociaż sama potwierdziła, że to jest ważną rzeczą.

„Nie wszystkie ważne rzeczy musi się wyjaśniać”. Przy tym powiedziałem, że tylko w ważnych przypadkach zainteresowani chcą znać czasy, skutek, powód i.t.p. towarzyszące wypadkowi okoliczności. Czemu ona ze swej strony ani przed kolonią, ani przed nie starała się dowiedzieć dlaczego przestałem spacerować z nią widocznie jej na tym nie zależy. Odpowiedziała, że jest to dla niej ważną rzeczą ale zapytała mnie o to co ma oznaczać to co powiedziałem Ch. W., że jesteśmy zbyt młodzi i lekkomyślni aby przypisywać już dzisiaj dużą wagę i wysnuwać plany na przyszłość z romansów między sobą. Ona R. widocznie myślała, że uważam, że w ogóle w naszym wieku można żyć „na grandę”. Wyjaśniłem jej to, powiedziałem, że w dalszym ciągu tak twierdzę ale należy to rozumieć w tym sensie, że owszem kochać się można, chodząc ze sobą ale nie należy na razie robić z perspektywą  dalszą , na przyszłość, tylko zostawić czasowi. Na tym rozmowę skończyłem, a R. poszła do czytelni, wprawdzie wróciła potem na ulicę, ale rozmowa już nie kleiła się. Po tej rozmowie znowu nie wiem co robić.

Spotkałem ją z Ch. W. gdy ją odprowadzał PK i z nimi stały  koło naszego domu do 11 w nocy. Leżałem już w łóżku, ale diabli mnie brali gdy słysząc ich rozmowę na ulicy. Ze mną R. nigdy by tak długo nie stała a z takim gościem to świetnie zabawia śmiejąc do tak późnej godziny.

Gdy ja mam u niej mniejszą wartość od niego to nie ma co mówić. Pożałuje ona pożałuje.

Tymczasem mnie boli. Nie wiem co robić. Samemu spacerować lub z koleżankami, a nadarza się sposobność zawarcia ściślejszej wiadomości z H (?).

Postaram się z R. spotkać i otwarcie z nią pomówić. W końcu będę wiedział jak naprawdę sprawa stoi. Wygłupie się jeszcze raz powiem, że lubię ale w końcu załatwię pozytywnie lub negatywnie.


Spotkałem się z R.B. i zapytałem co to będzie, a w szczególności z nami. Muszę do znudzenia powtarzać te same pytania, ale to tylko dlatego, że nie dajesz jasnej odpowiedzi. „W ogóle” powiadam, nie rozumiem tego, że wszystko przyjmujesz z obojętnością. Ja wyjaśniłem swoje słowa wypowiedziane do Ch. W., a ty „nie”. Na to powiedziała mi, że w tym zgadza się ze mną. Spytałem się więc czy wszystkie które ja starałem się uzgadniać ma uważać za niebyłe. Nic nie odpowiedziała.

„Gdybyś ty była więcej szczerą, mówiła o swoich zamierzeniach, do sprzeczek w ogóle by nie doszło. Ja byłem zawsze szczery, nawet wtedy gdy Ty się nagle pogniewałaś, jak kilka razy starałem się dojść prawdy i w końcu doprowadziłem do zgody.

Gdy dalej chciałem o tym mówić, nie pozwoliła by nie przypominać przykrych rzeczy. W ogóle z tonu rozmowy wywnioskowałem, że R. wraca do dawnej pozycji. Cofa się, ale ja teraz zażądam od niej jasnej odpowiedzi co do stosunku jej względem mnie.

Już dawno nie byłem w takim nastroju jak podczas filmy „Gdy kwitły bzy”. Myślałem, że wszystko pójdzie już dobrze. Chodziłem do czytelni by się z nią spotykać. Z początku było w porządku, ale potem powiedziałem jej, że gdy jakikolwiek z chłopców dojdzie do niej, to zapomina  natychmiastowo o mojej obecności. Starałem się o tym zapomnieć, ale to doszło do tego stopnia, że ludzie śmieli się ze mnie. Irytowałem w sobie. Wreszcie zdecydowała się ze mną porozmawiać. Miałem sposobność ją odprowadzić samą. Widziałem, że źle usposobiona więc zapytałem dlaczego mnie specjalnie takimi względami darzy, że traci humor gdy znajduje się w jej towarzystwie.

„ Nie wiem” – oto jej odpowiedź. A mnie boli strasznie boli, a tu taki stosunek jej do mnie. Przecież powiadam : prosiłem cię zawsze byś szczerze mówiła czy kiedykolwiek będę zbędny, natrętny bym odszedł. Nie obrażę się. Może zawsze psuje ci humor. Ja i tak nie mam więc twojego nie chce psuć. Tu już mnie po prostu szlag nie trafił, kiedy usłyszałem jej słowa: Skoro przecież wiesz o co mi chodzi. Taki efekt, taki oddźwięk. Z żalu coraz bardziej czuję, zgłupiałem. Ze łzami prawie w oczach by mi wyznaczyła godzinę, kiedy mógłbym się spotkać. Na to odpowiada, że jutro nie wie kiedy wyjdzie (mówiłem to w czwartek wieczór)powie mi.  „Proszę cię – mówię – chce coś ważnego powiedzieć. „Ja z nikim się teraz nie umawiam” tak mi ona odpowiada, ona która tak ze mną żyje. Prosiłem by mi nie dała się tak dalece poniżać. Bo przecież gdy jest na ulicy, lub w czytelni i ktoś do niej dochodzi więc nie mogę swobodnie mówić, a gdy ona nie zwraca na mnie uwagi lub odchodzi ja mimo to idę za nią. Czemu daje mi tak poniżać się – mówię. „Jutro na pewno nie powiem kiedy” odpowiada. Czy mam tak długo „czekać” jak wtedy (po kolonii) mówię. A jednak doczekałeś się – odpowiada. „Gryzłem cię tak długo, to będę gryzł dalej” – odpowiedziałem zrezygnowany.

„ Kto ci każe” – mówi. „Nikt mi nie każe, ale to nie jest zależne ode mnie ani od rozsądku” szeptem już prawie mówię. Można jeśli się chce – powiada. „Próbowałem ale nie potrafiłem” odpowiadam. Odeszła przyrzekając mi powiedzieć kiedy będzie mogła się ze mną spotkać. Jeszcze podczas odprowadzania zdawało się jej, że jej ojciec jest na ulicy więc pożegnała się ze mną i przyspieszyła kroku, ja zaś szedłem za nią. Gdy okazało się, że to nie jej ojciec doszedłem z powrotem. Wtedy to spostrzegłem, że była, może chciała się mnie pozbyć. Wobec późniejszych jej słów, to zdaje się być prawdą.

Jak pijany poszedłem do domu. Jeśli w ten sposób ludzie się (?) na miłość, to trzeba żyć „na grandę”. Ale jeszcze tak nie radzę.

Wprawdzie jej nigdy  otwarcie nie mówiłem, ale z moich słów i zabiegów, było jasnem to i wyraźnem. Ludzie poboczni widzieli i ona by nie miała tego widzieć. Czy w ten sposób odpowiada się na moje postępowania. Tak reaguje się na okazywanie zupełnie bezinteresownej miłości. Czy nie zdaje sobie sprawy, że jej nikt nie będzie kochał jak ja. Czy poświęca moje uczucie na chwilowe powodzenie. Już stanę się rozsądny wnet. Już nie mam siły. Ludzie śmieją się ze mnie, że lecę za nią. Nie zwracam uwagi, bo kocham. Czekał będę cierpliwie i spokojnie, aż mi powie kiedy będę mógł ją spotkać. Zrobię wszystko by móc z nią być. Gdy spotkam bez ogródek powiem jej, że ją spotkam i zapytam czy ona przynajmniej już dla (?). Tyle by mi wystarczyło. Dla siebie niczego nie żądam oprócz promyka uczucia. Jest mi potrzebą duchową. Cierpię. Czy ona jest bez serca. Czy jest lodem, gdybym do kogokolwiek tak odnosił, leciał tak, prosił jak powyżej o spotkanie, toby przecież zgodził. A ona którą tak kocham, dlaczego tak postępuje względem mnie. Czego chce ode mnie. Jak ja zazdraszczam ludziom, którzy znajdują wzajemność. Kocham R.B. Koniec.


Dalej przekonuje się, że miłość krwią zranionego serca, bólem z boleści zagryzanych warg kupować trzeba. Kupowałbym tak, ale dla R.B. jest to za mało. Dla niej spacer czy randka z Moszkiem jest (?)


 By zrobić coś dla chłopca, który ją kocha. Może mnie nie lubieć, nie mieć do mnie sympatii, lub po prostu mnie nienawidzić, ale chyba przyjemną rzeczą jest wiedzieć, że jest człowiek, który kocha, lub słuchać mniej lub więcej rozmowy chłopca, który jest dlatego, że jest przyjemnie spacerować z ładną dziewczynką. Nie rozumiem jej i to jeszcze bardziej wzmaga mój ból. Może postępowałbym w myśl Asnyka „Warto płacić krwią i bólem wejść w krainę ideału”. Ale to nie ma sensu po 2 letnim chodzeniu.

Wobec tego co (?), gdybym nie bał się, że ludzie wezmą mnie za wariata, to krzyczałbym na ulicach, że mnie serce krwawi, niech mi ktoś wytłumaczy czy można płacić za miłość ignorancją i to po 2 letniej znajomości. Gdy mi wczoraj mówiła, że w każdym razie nie może spotkać się ze mną w sobotę od razu przyszło mi na myśl, że na pewno umówiła się z M.K. korzystając ze sposobności, że ma jej zwrócić zdjęcie. Przeczuwałem i nie pomyliłem się. Po kolacji idę do czytelni. Na ulicy widzę nie ma R.B. ani Ch.W. Ch. W. później przychodzi R. nie ma. Pytam Ch. gdzie R. ta odpowiada, że nie wstąpiła po nią bo wczoraj wchodząc do  laikarza (laikarz to był taki przedwojenny fotograf posługujący się aparatami małoobrazkowymi, to byli ci, którzy często robili zdjęcia na ulicy bez uprzedzenia - I S.) do M po zdjęcie zostawiła ją samą na polu.

Mnie R. też zostawiła, ale nie mogłem się powstrzymać i wszedłem. Gdy wszedłem R. weszła do drugiego pokoju z Ch. a ja wariat czekałem i musiałem wysłuchiwać szyderstw M. i B.Ch.

Gryzłem z bólu wargi o mało nie płakałem z żalu i wstydu.

Tak cierpię. Od razu przeczułem już przechodząc w drodze do czytelni, koło drzwi laikarza, że ona tam musi być. Tak też było wracając do domu z Ch. spostrzegłem ją daleko za mną  z M. Dla przekonania wróciłem i przekonałem się, że to jest R.B. i M.R. Ukłoniłem się, ani ruchem nie zdradziła, że przekonałem się, że dlatego nie chciała się ze mną spotkać, bo była z nim umówiona. Przeczucie mnie omyliło. Wracając z Ch. chciałem z nią założyć się, że ma dzisiaj randkę z M.R., wziąłbym głowę dał, że się nie mylę  i nie omyliłem się. Może też się nie mylę czując, że gdy dwa dni temu odprowadzałem ją do domu i M.R. szedł za nami ja byłem intruzem czyż nie można z bólu pęknąć sądząc w ten sposób. Ja w towarzystwie R.B.  intruzem a M.R. mile widzianym gościem. Gdzież ona ma serce. Czyż jest ona zimna jak lód. Dla chwilowego powodzenia rzuca się miłość szczerą człowieka tego zrozumieć nie mogę.

Czyż istnieje większe szczęście jak być przez kogoś kochanym.

Nie.

Zazdraszczam wszystkim, którzy znajdują wzajemność.

Ja już mam takie szczęście.

Przez głupie zdjęcie dzięki, któremu R.B. złączyła się do M.R.  ja tyle cierpię. Nie mogę wreszcie sam siebie zrozumieć. Przecież rozumiem z jednej dobrze, że gdyby ona cokolwiek do mnie czuła, tak by nie postępowała, z drugiej zaś strony  łudzę się, oszukuje, że się to zmieni, że przekona się, że jestem jedynym szczęściem dla niej.

Próbuję sobie wytłumaczyć jej brak sympatii względem tym, że nie jestem przystojny, po prostu, że nieładny.

Jestem gruby, mam gruby głos, nos, jednym słowem niezbyt uroczy.

Ale serce mam takie jak inni, albo nawet stokroć gorętsze, a przede wszystkim ją kochające.

Nie rezygnuję, muszę za wszelką cenę otwarcie i to całkiem z nią pomówić. Powiem jasno i wyraźnie, że ją kocham!

Niech odpowiada. Nie łudzę się, że bynajmniej i że od razu odpowie, że mnie też kocha. Nie wymagam tego. Dla mnie wystarczy sympatia, resztę pozostawię czasowi. Muszę och muszę kochać. Miłość jest mi potrzebą duszy. Dziewnem to jest wobec tego, że ludzie uważają mnie za człowieka chłodnego, który nikogo kochać nie potrafi.


 

Ja nie uczę chcę Ci tylko powiedzieć, chcę ci tylko powiedzieć, że ja nie uważam za odpowiedzenie, że można jednym słowem wszystko załatwić i po moich słowach nieudawanych ale szczerych i płynących z głębokiego uczucia, iść do kogoś innego.

(R) „ Już załatwione”.

(J) „ Nie będę tego nigdy uważał za załatwione (mimo zdradzała zdenerwowanie). Dlaczego jesteś zła. Właściwie ja prędzej mam uzasadnienie by być złym. Mówię ci czekam. Ten, który Tobie się podoba, nie chce chodzić z tobą. Gdy przekonasz się o prawdzie, jestem gotów (nie odpowiedziałem naumyślnie „ cię przyjąć”). Czekam.

Ja – gdy spotka cię to co mnie spotkało, czekam i jestem gotów.

Postaram się dowiedzieć nawet za cenę poniżenia i wstydu. Po ostatniej rozmowie z R. wpadło mi na myśl by chodzić z H.F. Niech mnie nikt nie posądzi, że zmieniam miłość, że zmieniam heart jak bieliznę. Nie!  Potrzebuję miłości. Muszę zawsze kogoś kochać!


Zwykli ludzie wierzą, że „góra z górą się zejdzie”. Tym bardziej kochający mają być pewni, że siła przyciągająca się dwóch kochających się zawsze, gdziekolwiek by oni byli, zbliżać ich ku sobie będzie.

A jeśli jednak przyjdzie się rozstać to gorące uczucie utworzy między nami niewidzialną więź, która nam pozwoli kochać się choć oddalonym. Resztę może uzupełnić szczery lub gorący list. Wierzę, że tak być może, zależy tylko czy uczucie będzie szczere. Szczerość przede wszystkiem.



 

Grudzień (1938)

 

Trudno mi określić mój stan uczuciowy. Gdyby mnie ktoś zapytał nie umiałbym odpowiedzieć. Zdaje mi się, że już nie kocham R.B. a jednocześnie czuję jej brak w bardzo silnym stopniu. Chciałem za wszelką cenę dowiedzieć się, dlaczego postępuje względem mnie tak brutalnie. Wiem dobrze, że może da mi brutalną odpowiedź, albo w ogóle mi na to nie odpowie.

W czytelni stała koło pieca z koleżankami i J. D. Spytała się J.D. czy ma latarkę, gdy ten jej odpowiedział, że ma, ale bez baterii, ja zaproponowałem jej by wzięła moją.

Nie chciała jednak. Zabolało mnie to bardzo.

Od J.D. wypada jej brać latarkę, a ode mnie nie.

Taki sposób zachowania jest już zbyt brutalny.

R. wyszła z czytelni do domu. Ubrałem się i szybko poszedłem za nią. Niedaleko do jej domu zrównałem się z nią. Przystąpiłem do niej zapytałem dlaczego nie chciała skorzystać z mojej latarki. R. zapewniła mnie, że naprawdę nie potrzebowała latarki i nie chcąc wziąć mojej latarki nie miałą nic złego na myśli. Przyjąłem to za dobrą monetę, zdenerwowany jej „szczerym” perswadowaniem.

Zapytałem następnie dlaczego gdy ja do niej dochodzę, ona odchodzi natychmiast ode mnie.

Łzy stanęły mi w oczach.

Nigdy bym sobie nie wyobrażał by R. mogła się zdobyć na taką brutalność. Zamiast ze mną się obchodzić delikatnie, postępujesz ze mną tak brutalnie – powiedziałem. Właśnie doszliśmy do jej domu. Zamykano bramę. Pożegnała się ze mną i odeszła.

Nie wyobrażam sobie jak ona sobie myśli. Przecież to nie jest ludzkie postępowanie. Nieprędko doczeka się usłyszeć jakieś słowa ode mnie, chyba gdy ona ku temu da powód. Powodzenie jej zmniejsza się. Już rychło przekona się co ma większą wartość „powodzenie” czy miłość. Może przekona się o mojej racji, a będzie za późno. Na razie prze To przebaczyłbym jej wszystko. To powiedziałem F.T. by jej to powtórzyla.

                                                                                                                                                                              

 

O tym co mi R. odpowiedziała mówiłem F.T., która broniąc R. przekonywała mnie, że R. nigdy jej nie mówiła jakoby coś ja miało ze mną wiązać . Skoro tak ponieważ było to wszystko. Ja mogę zresztą udowdnić F., że R. rozumiała moje zamiary i nie przeciwstawiała się im. Mniejsza o to, ale niechże ona postępuje po ludzku ze mną. Przecież jej nic złego nie zrobiłem. Cokolwiek by jednak nie może ona usprawiedliwiać swojego postępowania. Grzeczność wymaga by od człowieka nie uciekać, a za zachowanie trzeba przeprosić. Odwracać głowę i udawać, że się nie słyszy, nie należy do dobrego tonu. Na drugi dzień spotkałem T.F. w czytelni. Jak od niej się dowiedziałem, R. dlatego tak ze mną postępuje bo się po prostu ze mną pogniewała. Takie gadanie to już szczyt bezczelności. Żeby tak postępować względem człowieka, który ją kochał. „Ja się gniewać   nie chcę, mogę co najwyżej pozostać w stosunkach koleżeńskich” – mówię T.. „ona ci nigdy nie mówiła” – wtrąciła F. „ Udowodnię jej słowami, że to jest naprawdę „ – powiedziałem. Cóż ona myśli, że przyjdzie do niej jeszcze królewicz z bajki.  Na razie z nią chodzi M. Hr, to nic wielkiego bo on chodzi z każdą dziewczyną, która chce chodzić z nim. Ty T.. zresztą wiesz kto ma rację. Nie przyznasz mi jej, bo R. jest Twoja najlepszą koleżanką. Skoro R. jest twoja najlepszą koleżanką , powinna postarać się byś miała o niej jak najlepsze mniemanie. Powinna postarać się zrehabilitować przed tobą. Niechże ona więc rozmówi się ze mną w twojej obecności, a zobaczysz kto ma rację. Ona tego zrobić nie chce – wtrąciła T. „ To właśnie mówię ci, jest dowodem, co R. czuje i że nie ma racji i odwagi by do tego się przyznać więc woli ze mną nie mówić. Następnie T. mówiła, że R. mówiła, że odnoszę się do niej ostro.

„Oj, ty temu wierzysz. Już zrobiłbym tak”. Możesz R. powiedzieć, że chodzi mi tylko o to by postępowała wobec ludzi, tak jakby między nami nic nie było. Resztę pozostawiam czasowi. Spotkałem T. i dowiedziałem się, że R. nie mówiła bo nie miała czasu. Rozmawialiśmy o M. Hr. Powiedziałem jej, że jest on „specem w pewnych sprawach”, a R. może gorzko odpokutować za znajomość z nim. Na to T. powiedziała, że R. powiedziała, że jest zupełnie pewna, że zna M.Hr i nie boi się niczego. Co mówię do niej ma się nie bać, niech znajdzie się w dogodnej sytuacji, a zobaczymy…Następnie mówiliśmy o Ch. W. Ch. W. jak Tema mi mówiła chodzi z chłopcami z P. Korzennik, bo to jej nie szkodzi ( o tem czy szkodzi już dowiedziałem się od Benka). W związku z tym powiedziałem Temie, że ona cały czas gdy chodziłem z R. ani razu jej nawet nie pocałowałem. Starałem się zachowywać jak poważny człowiek, bo myślałem, że jej zaimponuje. Źle jednak myślałem, gdyż tylko pocałowanie i… mogły nas związać. Myślałem, że R. jest wyjątkiem i tego nie szuka. Myliłem się. „Wszystkie tego szukają. Wszystkie dziewczęta są te same” – potwierdziła mi Tema. „Trudno. Na przyszłość będę wiedział”.

Czekam na to co R. powie Temie.


T. powiedziała mi, że R. przyznaje, że gniewać się byłoby głupstwem, ale chce bym do niej specjalnie nie dochodził. Chce tego bo w rozmowie ze mną wchodzi zawsze na inne tematy. Dalej T. powiedziała mi, że według słów R. nigdy jej nic nie mówiłem (chodzi jej pewnie o wyraźne wypowiedzenie się o „miłości”). Powiedziałem T., że zgodzę się abyśmy wrócili do zwykłych stosunków przyjacielskich i koleżeńskich, z tym, że przyrzekam nigdy nie wracać do dawnych tematów, chyba gdy ona dała do tego asumpt. Jeżeli chce mieć we mnie przyjaciela a nie wroga, powinna się na to zgodzić. Co zaś do tego, że nigdy jej nic nie mówiłem, to rzecz ta nie ma realnego znaczenia, chociażbym nawet przekonał ją, że mam rację, postaci rzeczy to przecież nie zmieni. Wreszcie powiedziałem T. by powiedziała R., że kiedykolwiek zechce wrócić do dawnych, jestem gotów.

DODATKI

1)     Nawiasem mówiąc o treści dość błahej, a dość nawet głupiutkiej, pod koniec ser 83l(???)raz znowu też w związku ze zdjęciem wyszła nagle z czytelni, a wyszła ze mną, zapytałem czy już odchodzi to cos takim opryskliwym tonem powiedziała, że zawstydziłem się przed ludźmi.

Dowiedziałem się od koleżanki, że R. mówiła jej, że o tym jak ja za nią latam i chociaż ona mnie na każdym kroku sekowała ja się w ogóle nie obraziłem. Sama koleżanka przyznała mi, że R. jest bardzo dziwną dziewczyną i ma wielkie wyobrażenie o sobie. Więc do tego posunęła się R. by chwalić się swoją podłotą.

 

Już wyraznie widać jak R. coraz bardziej obchodzi …? Dn 19 pon stała w czytelni z P.B. a ponieważ nie wypadało mi M powiedziałem na co ona oczywiście jak dwuznaczne wyrazy podobały się R. i mruknęła cos pod nosem. Chciała iśc do domu, ale nie miała z kim  M. Kom grał na…? Z P.E wiec R. czeka. Poźniej sama doszła do M.K. niby to w sprawie zdjęć. M.K chcąc nie chcąc musiał ją odprowadzić, a ona musiała czekać aż on się pożegna. Najlepszym dowodem na to, że M. K. nie chciał iść z R., jest to, że on wcale uwagi na nią nie zwracał tylko ona doszła do niego, wreszcie gdy wychodził M. za plecami R. uśmiechał się do nas znacząco.

Podobnie jak R. chwaliła się tym, że za nią latałem, M.K. chwalił się, że R. za nim lata. Jest jednak różnica między tym, że chłopiec lata za dziewczyną, a dziewczyna za chłopcem.

„Niósł wilk, ponieśli wilka”.

 

Tema powiedziała mi, że R. zgadza się na to by stosunki ułożyły się między nami jak z dalszą znajomą. Przymiotnik dodany zdziwił mnie więc zapytałem T. co mam pod tym rozumieć na co T. powiedziała, że ma pozostać między nami jak między znajomymi.

Po cóż więc był ten przymiotnik.

Co ona boi się, że za dużo będę do niej dochodził. Może wyznaczy mi ….(nieczytelne).

Przecież zgodziłem się by z nią o przeszłości nie rozmawiać, czegóż więc się boi. Czy wolno mi będzie z nią iść do domu – zapytałem ironicznie. „Zdaje się, że nie” – odpowiedziała T.  Więc albo wracamy do zwykłej znajomości, albo ja zrezygnuje. Nie mów tak – powiedziała T.Nie rozumiem z tego wszystkiego wynika, że ja jej coś złego zrobiłem, skoro ona się gniewa.

 Głupią jest w ogóle robiąc z takich spraw targi. Powiedz mi co R. odpowiedziała na moje oświadczenie, że ja jestem gotów wrócić do dawnych stosunków. Powiedziała, że do tego nie dojdzie – odpowiedziała T. Ja w każdym razie  w tym kierunku, chyba, że ona sama.. Jak sam z R. pomówię o ułożeniu stosunków, by potem żadnych niejasności nie było.  Nie wiem co ona pod tym rozumie „dalsza znajoma”. Dość się już nałykałem wstydu – powiedziałem T. „ Ona nie zechce się umówić” powiedziała T. „Ja wcale nie chcę” . Mogę z nią mówić w czytelni, gdziekolwiek i kiedy tylko zechce. Chcę raz wiedzieć.  Gdybyśmy się co dzień nie spotykali nie zależałoby mi na tym, ale że widzimy się codziennie więc chcę wiedzieć jak się sprawa ma.

Powiedziała na moje zapytanie, że w rozumieniu dalszej znajomości nie powinienem specjalnie odprowadzać ją do domu.

To jest dla mnie zrozumiałe. Albo znajoma albo nic.

Najlepiej będzie jak jej powiesz, by ze mną o tym pomówiła (tylko o tym), a jeżeli tak nie chce być ze mną sama bądź ty przy tej rozmowie. „ Ja nie chcę, powiem to R.” – odpowiedziała T.

R. odpowiedziała mi przez T., że zgadza się z tym żebyśmy zostali w zwykłej przyjaźni.  Teraz dopiero uzmysławiam sobie paradoksalność sytuacji. Ja skrzywdzony staram się o przyjaźń  tej, która mnie skrzywdziła zamiast pogniewać się na nią.

 Cieszę się bardzo, że wszystko się ułożyło.

Będę teraz bogatszy w doświadczenie.

 Nie wyrzekam na to wszystko, ale z jeszcze większym przekonaniem, twierdzę, że miłość jest największym objawem doczesności, a wkracza w wieczność.

 Że ja trafiłem na taką co nie odwzajemniła się, to nie dowód, że tak zawsze jest.

W postępowaniu dziewcząt względem chłopców z którymi chodzą jest pewne podobieństwo o czym zdałem przekonać się porównując postępowanie H. L. względem Benka.

Wykręty i kruczki te same, choć tam oni odwzajemniają się równą miarą.


marzec 1939


Widzę, że koledzy nie darzą mnie zbytnią sympatią, krwawi mi serce, gdy widzę, że czasem uważają mnie za intruza. Dlatego nie lubię obłudy i kłamstw. Nie poetyzuję. Piszę bo mnie boli. Wszystko dałbym za przyjaciela. Żyć jak szczute zwierzę, być tolerowanym w towarzystwie z łaski, a nie z potrzeby to niezmiernie ciężko. Te okoliczności upewniają mnie, że powinienem z chwilą przyjazdu R. (jest w Krakowie) z nią porozmawiać. Może mnie teraz zrozumie.


 M.Schr wróciwszy z Krakowa zdał mi od R.B pozdrowienia. Zrazu zdziwiłem się bardzo, i nie chciałem uwierzyć, aż dał mi słowo dot. R.B. pozdrowienia jak M.R. mówił były jedynie do mnie. Dziwi naprawdę, że mnie tylko podała pozdrowienia, wyjechawszy bez pożegania, nawet może w ostatnich czasach bardzo nie mając do czynienia ze mną (chciała się przecież gniewać ze mną).

 

Kwiecień

 

R.B. przyjechała święta.

Spotkałem ją na ulicy i spacerowałem z nią chwilę, ale później odeszła do jakiejś (?).

Przywitanie było chyba coś za serdeczne. Gdy dochodziłem do niej pewną zmianę widziałem na twarzy. Muszę z nią porozmawiać z ciekawości co coś nagle przekazała mnie pozdrowić. Jak dowiedziałem się od D.J. R.B. gdy M.Schr. był u niej, pytała się czy może mi podać pozdrowienia. Dowód, że rozumiała, że jest coś dziwnego. W rozmowie z nim potwierdzała, że zdaje sobie sprawę, że może mnie skrzywdziła ale musiała to zrobić. Ciekawe dlaczego. Może uda mi się z nią sam na sam porozmawiać.

Przypadek zdarzył, że zostaliśmy sami bez reszty towarzystwa w czytelni. Spytałem, czy prawdą jest, że kazała M.Schr. oddać mi od niej pozdrowienia. Odpowiedziała twierdząco. Następnie spytałem dlaczego to zrobiła, przecież przed wyjazdem nie pożegnała się nawet, nawet nie chciała ze mną rozmawiać w ogóle. Co do pożegnania tu usprawiedliwiła się, że wyjechała niespodziewanie, co zaś tyczy samego pozdrawiania, to ona sama nie rozumie z jakiego powodu.

Próbowałem rozmawiać o bliższych sprawach, ale R.B. prosiła bym o tym już nie wspominał.

„Dlaczego ty zawsze musisz o tym mówić”. Zwróciłem rozmowę na inny temat.

Niedługo rozmawiała ze mną, gdy przyszły inne koleżanki, przeprosiła mnie i odeszła.

Łudziłem się, ze pozdrowienie oznacza, że R.B. chce powrócić do dawnych stosunków, ale rozmowa powyższa wykazała bezpodstawność moich domysłów. Teraz już naprawdę „koniec końca”.

 

 

 

Rozmawiając z G. Bł. Dowiedziałem się od niej, że R.B. mówiła z nią o mnie i że powiedziała jej o owym postępowaniu względem mnie, że była do tego zmuszona, by nie skrzywdzić osoby trzeciej.  Znaczy to, że R.B. ma zobowiązania względem kogoś innego. G.Bł. przyrzekła o tym porozmawiać ze mną.  Jej bowiem zdaniem R.B.  postąpiła bardzo szlachetnie. Rzecz bardzo ciekawa.

Czerwiec 1939

Zdawało mi się, że jej nie kocham jak kochałem R.B. Tymczasem okazuje się, że nie mniej a może i więcej.

sierpień 1939

Widziałem się z R.B, która przyjechała do Mielca. Porozmawiałem z nią. Widzę, że już nic nie czuję do niej. Zbrzydła też.




 

Przypisy:

1 cytat pochodzi z wywiadu dostępnego pod linkiem : https://collections.yadvashem.org/en/documents/3555031

2 taką datę urodzenia podał sam Mendel między innymi w powojennych wspomnieniach w Mieleckiej Księdze Pamięci. Jednak w zasobach Arolsen Archives można odnaleźć również rok 1922. Trudno to dzisiaj zweryfikować. Mendel nie jest ujęty w Spisie Żydów z 1940 roku, był dzieckiem, a dzieci w Spisie nie ujęto. Należy jednak przyjąć, że rok 1925 jest właściwym rokiem urodzenia. W 1922 bowiem urodził się Alter, starszy brat Mendela (tak o nim mówi w wywiadzie sam Mendel)

3 dziennik Mosze Borgera AYV, Zespół Świadectwa i pamiętniki, dziennik Mosze Borgera, syg 1275.

4 szames – osoba, która w synagodze zajmowała się sprzątaniem synagogi, porządkowaniem modlitewników, zapalaniem świec przed szabasem, pomocą rabinom i chazanom.

5 rodzeństwo Samuela Balsama:  Szymon Mojżesz (ur. 18.03.1885 roku),  Blima  (ur.6.10.1888), Chaskiel (ur. 13.02.1902), Kiela Mirel (28.06. 1887), Małka Zifsel (ur.21.05.1898 roku), Etel.

Wg Scotta Genzera  miał więcej rodzeństwa, ale nie znalazłam ich aktów urodzenia.




Akty urodzenia pochodzą z AN w Krakowie, oddział w Tarnowie

6 Marvin zawyżył ogólną liczbę mieszkańców, tuż przed wojną było to ok.10 – 11 tys.

7 dziennik Mosze Borgera AYV, Zespół Świadectwa i pamiętniki, dziennik Mosze Borgera, syg 1275.

8 , https;//www.jewish.org/yizkor/mielec.html

 9 tamże

10 obóz firmy Baumer und Losch na Czekaju -  na terenie wojskowego obozu Lager Mielec swoją siedzibę miała firma Baumer und Losch działająca na terenie poligonu w latach 1940 – 1944. Firma zajmowała się budową dróg na terenie poligonu oraz budową kolejki wąskotorowej na Czekaju, więcej na temat obozu można przeczytać w książce Andrzeja Krempy Zagłada Żydów Mieleckich i Sztetl Mielec. Z Historii Mieleckich Żydów. 

11 cytat pochodzi z książki Josefa Lewkowicza i Michaela Calvina Ocalony, książka zawiera dużą ilość faktów z pobytu Lewkowicza w obozie w Mielcu

12  według danych znajdujących się w AP w Rzeszowie - oświadczenia złożonego przez świadków Blima Rachela Balsam została rozstrzelana w 1942 roku w Krakowie, jak już wiemy nie może to być prawdą, bo jeszcze w 1944 roku znajdowała się ona wg tego co wspomina jej brat, w obozie w Mielcu.

Twarze mieleckiego sztetla: Balsamowie

  Blima Rachela Balsam, zdjęcie pochodzi z kolekcji Muzeum Historii Regionalnej "Pałacyk Oborskich" w Mielcu Zdecydowałem się zost...