Archiwum bloga

poniedziałek, 14 września 2026

87 rocznica spalenia mieleckiej synagogi

 


 

 

 

Zaśpiewaj, lekką, pustą harfę weź do ręki

Niech serca zbolałego ton żałobny wyda

Ciężko połóż swe palce na jej strunach cienkich

Zaśpiewaj o ostatnich Żydach Europy

 

- Jak mógłbym śpiewać? Jak mi się usta nie otworzą

Gdy moja żona, moje dzieci, dwa ptaszęta…

Sam jeden pozostałem tutaj z całą zgrozą!

Słyszę ich płacz… okropność jeszcze trwa… pamiętam!

 

Zaśpiewaj, niech ostatnia zabrzmi z ziemi skarga

Przechyl głowę, ku Niemu zwróć spojrzenie ciężkie

Zaśpiewaj Mu, na Jego harfie ostatni raz zagraj:

Wymordowali Żydów! Nie ma ich już więcej!

 

https://www.youtube.com/watch?v=tWNTkKbGgg8&list=RDtWNTkKbGgg8&start_radio=1


 

 

 Synagoga był wysoka i szeroka, z dwiema wieżami, po obu stronach na froncie, z drzwiami, które prowadziły wieloma schodami na górę, na babiniec, na pierwszym i drugim piętrze z większymi i mniejszymi oknami, z lufcikami wysoko oraz gipsowymi gzymsami naokoło. Wszystko to sprawiało wrażenie pałacu, prawdziwie świętego miejsca. Wewnątrz synagoga była pomalowana. Dokonali tego Icchak Fenichel i jego brat Jisroel. Malowidła były podziwiane przez każdego, kto wszedł do środka. Na malunki w synagodze składały się przede wszystkim sceny z Chumaszu. W pierwszym rogu na prawo od wejścia, wysoko, namalowani byli Żydzi urabiający w Egipcie glinę na cegły. Nad tym:  rusztowania na których Żydzi budowali mury Pithom i Raamses. Malarze nie zapomnieli nawet o dzieciach, które zostały wmurowane w ściany.  Tak ciągnęły się sceny z Chumaszu aż do Mojżesza stojącego przed gorejącym krzewem – który wyglądał, jakby naprawdę płonął. Mojżesz przedstawiony  był z siwymi pejsami i brodą, w szabasowym chałacie, z futrzaną czapką albo sztrajmlem, albo kołpakiem – a wszystko na wzór rebego z Tarnobrzega, którego chasydem był Icchak Fenichel.

Na wysokim suficie  namalowanych było dwanaście znaków zodiaku i różnorakie owoce z ziemi Izraela: etrogi, lulawy i jeszcze, jeszcze bez końca.

 


 zdjęcie: MHF Jadernówka


grafika: Abba Fenichel, Żydzi modlący się w synagodze, kolekcja: Ghetto Fighters House

We wrześniu, w przeddzień żydowskiego Nowego Roku, niemieckie motocykle wjechały do miasta z rykiem. Nadjechały tą samą drogą co polska armia i uchodźcy. Niemców,       o ile dobrze pamiętam, nie było wielu, ale wystarczająco dużo, by dokonać tego, po co przyjechali. Staliśmy na balkonie, obserwując motocykle i wsłuchując się w niezwykłe, złowieszcze dźwięki. Początkowo poczuliśmy ulgę, że w pobliżu Mielca lub w samym Mielcu nie doszło do bitwy. Byliśmy zaniepokojeni, zastanawiając się, co ci niemieccy zdobywcy mogą zrobić w mieście. Nie wiedzieliśmy wtedy, obserwując z balkonu, że przyjechali tylko w jednym celu: mordować Żydów.

 

To, co wydarzyło się w Mielcu tego dnia, jest zawsze krótko relacjonowane przez historyków. A w tej opowieści wydarzenia z tamtego erew Rosz Haszana zostają zneutralizowane, pozbawione grozy niekończącego się dnia i niekończącej się nocy. Prawie pięćdziesiąt lat po tym wydarzeniu jeden historyk napisał: „W Mielcu, 13 września, trzydziestu pięciu Żydów zostało aresztowanych w łaźniach gminnych, zaprowadzonych do rzeźni,  a następnie spalonych żywcem. Kolejnych dwudziestu spalono żywcem w synagodze”.

 


Polski historyk w ponad tysiącstronicowej książce o Mielcu i okolicach jedynie zauważa: „Już we wrześniu 1939 roku Niemcy w Mielcu spalili synagogę wraz z kilkudziesięcioma Żydami. Wszyscy zginęli”. W porównaniu z tym, co działo się w latach późniejszych, to, co wydarzyło się w wigilię święta, można uznać za nieistotne, nie zasługujące na szerszą wzmiankę. Poza tym pogromy, jak zaczęliśmy je nazywać, miały miejsce również w innych miastach; niewielu zostało oszczędzonych. A jednak, jak łatwo oko nie rejestruje tych krótkich zdań. Z jaką łatwością czytelnik przechodzi do innych wydarzeń, w których zginęły tysiące i miliony. Tylko kilkudziesięciu Żydów? Spłonęła synagoga? Łaźnia? Ledwo warte uwagi czytelnika. Te krótkie zdania o Mielcu najprawdopodobniej staną się jeszcze krótsze i pewnego dnia mogą całkowicie zniknąć z historii.

 

 

Staliśmy na balkonie i słyszeliśmy przeraźliwe krzyki. Dom, w którym mieszkaliśmy, znajdował się na samym skraju polskiej części miasta, oddzielony od żydowskiej jedynie dużym polem. Po drugiej stronie pola stały dwa lub trzy domy mieszkalne, piekarnia i kilka sklepów. Obok nich stała duża łaźnia, a prostopadle do niej rzeźnia. Nieludzkie krzyki umierających ludzi niosły się przez czyste powietrze, ale nie wiedzieliśmy, co oznaczają.

 

Poczuliśmy dym, dym płonącego drewna i palących się ciał, i nie wiedzieliśmy, co to oznacza. Potem zobaczyliśmy ogień. Ściana płomieni powoli ogarnęła ulicę przed nami. Usłyszeliśmy strzały, szalony śmiech i przerażone krzyki, i wtedy wiedzieliśmy, że część żydowskiej części miasta stoi w płomieniach.

Polski gospodarz wbiegł po schodach wraz ze swoją żoną o surowej twarzy, która niosła ich bliźniaczki. Krzyknął do nas, żebyśmy odeszli. Jeśli Niemcy dowiedzą się, że ma żydowskich lokatorów, z pewnością podpalą również jego dom. Posłusznie posłuchaliśmy, a on, dbając tylko o swój dom, patrzył, jak odchodzimy, podczas gdy jego dwie małe córeczki, z szeroko otwartymi oczami, trzymały się go za jedną nogę.

 

Cicho przeszliśmy przez ogród i przez tylną furtkę wyszliśmy na duże pole ziemniaków. Do zbiorów pozostał jeszcze miesiąc lub więcej, a zielone, mocne łodygi rosły wysoko i gęsto. Nie odważyliśmy się wyjść na ulicę; nie wiedzieliśmy, dokąd iść. Ojciec postanowił, że musimy zostać na polu ziemniaków do rana…




 

Szanowni Państwo,

Wysłuchaliście właśnie wiersza Icchaka Kacenelsona, pieśni Nie ma ich w wykonaniu Stanisława Soyki oraz wspomnienia Irene Eber, ocalałej z Holokaustu.

Bogumiła Gajowiec, jedna z niewielu spośród chrześcijan, która po wojnie wspominała żydowskich mieszkańców miasta, pisała:

„ Przed wojną Żydzi stanowili znaczną część polskich miast i miasteczek, a potem .. zniknęli. Przez wiele, wiele lat nie mówiło się o nich, jakby wyparowali”.

 

Społeczność polska i żydowska mieszkały w jednym mieście, czasem po sąsiedzku, spotykały się w sklepach, ale żyły oddzielnie. Oczywiście zdarzały się przyjaźnie, ale generalnie ludzie byli sobie obcy.

Rozpowszechniano stereotypy o Żydach, które wzmacniały antysemityzm: Żydzi byli komunistami, byli brudni, nieuczciwi, panowali nad światem, wykorzystywali chłopów, byli obrzydliwie bogaci.

Mieszkali obok siebie, ale nie znali się. To byli obcy ludzie. Kiedy nagle ich zabrakło, cóż.. nie było kogo wspominać. Robili to nieliczni. Do tego doszły kwestie zajęcia żydowskich domów.

Przez wiele, wiele lat w Mielcu podobnie jak i w innych miastach w Polsce nie wspominano Żydów. Nieliczne osoby interesowały się ich historią. Dzisiaj na nas ciąży obowiązek pamięci i dlatego tutaj dzisiaj jesteśmy.

 

Irene Eber we swoim wspomnieniu wyrażała obawy, że za jakiś czas spalenie synagogi w Mielcu odejdzie w niepamięć. Kiedy przeczytałam to wspomnienie a dodam, że Irene zmarła w 2019 roku na rok przed pierwszą uroczystością, którą zorganizowaliśmy, myślę, żeby gdyby mogła nas dzisiaj tutaj zobaczyć, uśmiechnęłaby się z wdzięcznością.

 

BARDZO DZIĘKUJĘ PAŃSTWU ZA PRZYBYCIE. W TYM MIEJSCU SPOTYKAMY SIĘ REGULARNIE W OKOLICY ROCZNICY SPALENIA SYNAGOGI OD 2020 ROKU. Życzę nam wytrwałości w pamięci. I odwagi, bo w dzisiejszych czasach pamięć o Żydach jest jeszcze bardziej dla niektórych niewygodna, niż kilka lat temu.

A nie wolno nam zapominać o tych bezbronnych ofiarach skazanych na śmierć tylko dlatego, że były Żydami.

Nie znamy dokładnej liczby ofiar z dnia 13 września 1939 roku.  Apolinary Frank, burmistrz miasta biorący udział w pogrzebie, relacjonował, że było ich 27. W powojennych relacjach liczby te wahają się od 27 do nawet 800, co nie jest jednak absolutnie możliwe.

Rochelle Saidel, autorka książki na temat Mielca, która zbadała najwięcej takich relacji i wspomnień twierdzi, że najbardziej prawdopodobna jest liczba od 30 do 40.



 zdjęcie: MHF Jadernówka Mielec

 

Znane z imienia i nazwiska ofiary z dnia 13 września 1939 roku:

rzezak Józef Beck, jego zięć z Borowej Weinrab, Chaim Kurz.

 

Rosz – HaSzana – początek roku lub dosłownie „głowa roku”.

 

Święto to upamiętnia stworzenie świata i przypomina o sądzie bożym. Zwane jest też Świętem Trąbek. Jest pierwszym dniem roku kalendarza żydowskiego.

 

Nie ma wyszukanej obrzędowości. Trwa dwa dni.

 

 Pierwszego dnia święta nad lokalnym ciekami wodnymi odbywa się ceremonia wyrzucania grzechów, wierni opróżniają swoje kieszenie  z okruchów do rzeki, jest to symbol pozbywania się grzechów.

Jedną z tradycji tego święta jest maczanie jabłek w miodzie – mają symbolizować szczęśliwy oraz słodki  nadchodzący rok.



 

Wspomnienia świadków wydarzeń:

 

BRONIA BLATTBERG

Niemcy przybyli do naszego miasta w ciągu dwóch dni od inwazji na Polskę. Ich pierwszym posunięciem było spalenie pięknej synagogi (jednej z niewielu). Był to wieczór poprzedzający żydowski Nowy Rok (Rosz ha-Szana). Wiele osób poszło do łaźni rytualnej („mykwy”) obok synagogi, a Niemcy spalili ją wraz z ludźmi w niej przebywającymi.

Z mojego miasta przeżyło bardzo mało osób.

 

 

MARK VERSTANDIG

Wiadomości z Mielca były złe. 13 września 1939 roku, w wigilię Rosz Haszana, żydowskiego Nowego Roku, niemieccy żołnierze wypędzili Żydów z ulicy do głównej synagogi i dwóch sąsiednich domów modlitwy, po czym podpalili budynki i spalili je.. Każdy kto próbował uciec, wyskakując przez okna, był rozstrzeliwany. Żydzi w łaźniach i Żydówki, które przyszły do rzeźni z kurczakami na świąteczny posiłek, również spłonęli żywcem, gdy Niemcy podpalili te budynki.

Błąkałem się jak cień, nic nie robiąc i nie mając z kim porozmawiać.











 

 

BERTA LICHTIG

Żydzi przygotowali się do świąt. W domach szorowano, czyszczono a w rzeźni, która znajdowała się obok synagogi, pełno Żydów z drobiem (rzeźnicy nie chcieli w tym dniu wykonywać czynności ale Żydzi uparli się i zmusili ich). W sąsiedztwie synagogi i rzeźni znajdowała się łaźnia żydowska, w której kąpało się w tym dniu wielu Żydów. „Bohaterzy” niemieckiej armii z miejsca pokazali swe zdolności. Zaczęli od synagogi, chcąc ją zburzyć, otoczyli ją, równocześnie rzeźnie i synagogę. Synagogę oblali benzyną i podpalili, a Żydów w łaźni i rzeźni zamknięto i podpalono, a kto chciał się ratować ucieczką, strzelano i wrzucano z powrotem w ogień. Następnie rozbiegli się po mieście, wybawiając i wyciągając Żydów z mieszkań, dużo za wskazaniem mętów i szumowin miejskich, a wyłowione jednostki palono żywcem w rzeźni. Iluminację tę podtrzymywali przez dwa dni, spłonęło kilka domów znajdujących się w sąsiedztwie

 

 

 

MENDEL BALSAM

A ludzi, którzy tam byli, wepchnęli do rzeźni i zastrzelili ich na miejscu. To byli ludzie z Beit HaMerchaz. Wepchnęli ich nago do tego małego miejsca i zabili każdego, kto tam był, i oni naprawdę ich spalili.

 

 

NIEZNANY Z IMIENIA I NAZWISKA MIELECKI ŻYD

Powiedział nam o tragedii, która miała miejsce – że wszyscy w rzeźni i w łaźni zostali zgromadzeni na podwórku i po kilku godzinach popędzeni do ciasnej rzeźni. Następnie Niemcy skierowali karabiny maszynowe na ofiary. Niemcy polali naftą to co przed chwilą było żywymi ludźmi i podłożyli ogień.

Ogień palił się do godzin porannych, a my pozostaliśmy w naszej kryjówce. Szacowano, że 40 lub więcej osób zginęło tego dnia. Trudno jest ustalić dokładną liczbę, ponieważ wielu z nich było spoza miasta

 

 

JERUCHEM APFEL

 

Kazali im się położyć i strzelali do nich, ale ich nie zabili. Było tam około 39 mężczyzn i rytualni rzezacy. Niemcy poszli po jakąś łatwopalną ciecz, mój przyjaciel to wykorzystał, wyskoczył przez okno, ukrył się w magazynie drewna, a stamtąd uciekł.

Te wszystkie szczegóły znam od niego. Potem słyszeliśmy krzyki i zapach palonych ciał.

 

 

APOLINARY FRANK, BURMISTRZ MIASTA

Wyprowadzili kobiety z rzeźni, wyprowadzili nagich Żydów z mykwy. Podłożyli ogień i podpalili rzeźnię. Kiedy zięć rzezaka Becka  chciał uratować teścia, Niemcy złapali go i żywcem wrzucili do ognia. Niemcy wydali rozkaz podpalenia synagogi. Znaleźli również godnych pomocników, którzy pomagali im identyfikować żydowskie domy. Kiedy znajdowali Żydów, zabierali ich i wrzucali do ognia. Jeden z Żydów uciekł przez okno, ale Niemiec do niego strzelał. Wypadł z okna,  jego długi chasydzki płaszcz zaczepił się i on wisiał nad Żydami w płomieniach.  Tego dnia zamordowano 27 Żydów. Synagoga paliła się przez dwa dni

 

BOGUMIŁA GAJOWIEC

Wybuch wojny zmienił wszystko. Po pierwszych bombardowaniach fabryki i stacji kolejowej rodzice dla bezpieczeństwa wysłali nas dzieci, do podmieleckiej wsi. Nie przeżyliśmy wkroczenia Niemców do miasta, ani spalenia żywcem Żydów modlących się w synagodze położonej o dwie ulice od naszego domu, w odległości zaledwie kilkuset metrów. Wiedzieliśmy o tym, ale nie słyszeliśmy strzałów, nie widzieliśmy ognia i dymów, nie czuliśmy swądu palonych ciał. Ludzie w mieście byli przerażeni.

 

IRENE EBER

Przygotowania do święta nie były w tym roku zbyt bogate. Z powodu wybuchu wojny nie odbywały się cotygodniowe targi, a chłopi z okolicznych wiosek nie przywozili ani owoców, ani warzyw. Mimo to mieleccy Żydzi czuli, że najgorsze już za nimi. Armia polska legła w gruzach, Niemcy podbijali Polskę, ale życie toczy się dalej; święta – najświętsze w cyklu rocznym – trzeba obchodzić najlepiej, jak się da. Ludzie gotowali, co mieli pod ręką.

 

Ci którym udało się utuczyć kurczaka lub gęś w ciągu tygodni przynosili je rano do rzeźnika na rytualny ubój. Rytualne ablucje są szczególnie ważne w obchodach świąt. Podczas gdy kobiety przygotowywały domowników do święta, mężczyźni przygotowywali swoje ciała i umysły. Łaźnia była tego dnia wyjątkowo zatłoczona, zarówno ze względu na wagę kąpieli religijnych, jak i dlatego, że liczni uchodźcy w mieście po prostu potrzebowali się wykąpać.

 

Gdy Niemcy wjechali motocyklami do miasta, otoczyli łaźnię i rzeźnię. Mężczyzn     z pierwszej z nich zapędzono do drugiej; Żydów przechodzących obok lub zmierzających w kierunku łaźni, łatwo rozpoznawalnych po brodach, pejsach i ubraniach, również złapano i zapędzono do rzeźni. Z wyjątkiem kobiet i dzieci, które odesłano do domów. Nikomu nie pozwolono uciec.

 

Niemcy rozstrzeliwali ludność, po czym podpalali budynki, a w niektórych przypadkach podpalali je bezpośrednio wraz ze znajdującymi się w nich ludźmi, skazując ich na śmierć w płomieniach.

Relacje są rozbieżne. Nie było żadnego reportera, który mógłby spisać fakty i przebieg wydarzeń. A jeśli ktokolwiek zaraz potem zapisał w dzienniku, co się wydarzyło (co ktoś mógł zrobić), dziennik ten dawno zaginął zniszczony, podobnie jak niewiele później żydowski Mielec i większość jego mieszkańców.

 

Po zabiciu ludzi w rzeźni  Niemcy udali się do synagogi (niektórzy później mówili, że Niemcy odeszli, ale wrócili w wigilię Dnia Pojednania), aby ją podpalić. Najpierw rozpalili duże ognisko z modlitewników, zwojów Tory i innych ksiąg z domów nauki, które przylegały do synagogi z obu stron.

 

Synagoga była dużym kamiennym budynkiem z dwiema okrągłymi wieżyczkami; stała     z tyłu od ulicy i miała podwórze, które było dogodne do palenia książek.

Drewniana konstrukcja domów modlitwy sprzyjała szybkiemu rozprzestrzenianiu się ognia. Lecące iskry łatwo zapalały drewniane elementy budynków, a płomienie w krótkim czasie objęły również wnętrze synagogi.

 

Późno w nocy, po skończeniu pracy, Niemcy odeszli; a może tylko niektórzy, ponieważ następnego ranka Żydom uniemożliwiono pochowanie zmarłych na  cmentarzu.

 

 

 

 Powyższe wspomnienia, wiersz i pieśń wybrzmiały podczas upamiętnienis ofiar spalenia mieleckiej synagogi w dniu 13 września 2026 roku.


Po upamiętnieniu udaliśmy się na spacer śladami 5 mieleckich rodzin żydowskich.


Dziękuję wszystkim za obecność.

Dziękuję za pomoc w organizacji wydarzenia: Monice Występek, Andrzejowi Lipińskiemu, Halinie Pado.

Zdjęcia: Kacper Strykowski, Anna Stąpor, Maria Wanatowicz, Stanisław Wanatowicz, Stah Baumer.

 

 





















 

 

Autorka plakatu: Greta Pękała 




 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

87 rocznica spalenia mieleckiej synagogi

        Zaśpiewaj, lekką, pustą harfę weź do ręki Niech serca zbolałego ton żałobny wyda Ciężko połóż swe palce na jej strunach ci...