Są takie zbiegi okoliczności,
które wyglądają jak przemyślany plan – napisał Andrzej Stasiuk.
Gdyby Scott Genzer wiedział, że
istnieje tłumaczenie dziennika Mosze Borgera na język angielski, ominęłaby mnie
jedna z największych przygód życia. Scott poprosił o przepisanie dziennika do
pliku tekstowego, tak aby za pomocą translatora mógł go przetłumaczyć. Zgodziłam
się. Przepisywałam dziennik przez trzy miesiące, zachwycając się nastolatkiem z
Mielca, który opisywał swoją codzienność w latach 1937 – 1939. Zachwyciłam się
jego nienaganną polszczyzną, dojrzałością, przenikliwością, znajomością sytuacji geopolitycznej i trzeźwą oceną tego
co dzieje się na świecie…. Porywały mnie jego miłosne przygody. Wpadłam po uszy.
Prezentowałam fragmenty dziennika
na facebookowej grupie Mayn Shtetele Mielec. Żywo dyskutowaliśmy o przypadkach
Mosze Borgera. Kiedy umieszczałam w grupie ostatni fragment… czułam duży
smutek. Między mną, a chłopakiem z przedwojennego sztetla wytworzył się jakiś
rodzaj relacji. Myślałam, że to już koniec mojej przygody pod tytułem „Mosze
Borger”, ale jak się okazało to historia z gatunku tych nigdy nie
kończących się…
Po jakimś
czasie postanowiłam napisać o Mosze tekst. Jeden z moich kolegów, powiedział: jak chcesz o nim pisać, skoro
nie wiesz co się działo z nim po wojnie…? Nie wiesz czy się ożenił, czy miał
dzieci.
Miał rację. Pomyślałam, że bez
tej wiedzy, tekst będzie niekompletny.
Nie wiedziałam czy Mosze miał
dzieci, wnuki. Nie wiedziałam nic.
Ale udało się! Chwila poszukiwań
i już wiedziałam, że Mosze miał córkę i trójkę wnuków. W ten sposób poznałam
wnuczkę Mosze – Ofirę Borger Natan Sabban, a stało się to dzięki drzewu genealogicznemu
zbudowanemu przez prawnuczkę ciotki Mosze Szajndli, Miriam Lampart. Drzewo
znalazłam na którymś z genealogicznych portali. Co to była za radość kiedy
Miriam odpisała na mój email, a konsekwencją tego był późniejszy kontakt z
Ofirą.
Wymieniłyśmy się wieloma
informacji, dopingowałyśmy w
poszukiwaniach. Uzupełniłyśmy sobie nawzajem historię Mosze Borgera.
Kiedy odnalazłam Ofirę, był rok
2022. Musiało minąć kilka lat zanim nabrałam odwagi, opowiedzieć o Mosze
szerszej publiczności. Nie lubię publicznych wystąpień więc było to wyzwanie.
Ale klamka zapadła, dyrektor mieleckiego Muzeum Jerzy Skrzypczak przystał na
pomysł od razu, wyznaczyliśmy termin, napisałam o swoich planach do Ofiry.
Szybko dostałam cudowną
wiadomość, Ofira napisała, że wraz z bratem Shimonem chcą przyjechać do Mielca.
Kiedy dyrektor zapytał jak chce zatytułować
spotkanie, bez chwili wahania odpowiedziałam: I była miłość w sztetlu.
Dziennik Mosze Borgera.
Zależało mi by to spotkanie
podkreśliło „życie”, nie było jedynie opowieścią o Holokauście i zagładzie
sztetla.
28 luty – na tę datę
zapowiedzieliśmy wydarzenie w Muzeum. Ofira i Shimon mieli przylecieć do Polski
27 lutego. Mocno trzymałam kciuki, aby się udało, znając dynamiczną sytuację na
Bliskim Wschodzie. Kiedy Ofira napisała, że są w Mielcu – odetchnęłam. To był
moment wzruszający – wnuki Mosze w Mielcu! Myślałam o tym, co czuli dojeżdżając
do Mielca, mijając tablicę z nazwą „Mielec”. Co czuli wjeżdżając do miasta o
którym tyle słyszeli, ale w którym nigdy nie byli.
W sobotni szabasowy
dzień umówiliśmy się na dopołudniowy spacer śladami dziadka. Była piękna pogoda,
zupełnie niezwykła jak na luty i wydawało się, że nic nie zmąci tego dobrze
zapowiadającego się dnia. A jednak… Kilka chwil po przebudzeniu przeczytałam,
że na Bliskim Wschodzie znowu wojna, i
już wiedziałam, że Ofira i jej brat będą mieli utrudniony powrót do domu.
Zaczęłam gorączkowo myśleć co zrobić, jak im pomóc, kto może pomóc. Jak anioł zjawiła
się moja znajoma, Ania Brzyska, pytając mnie w messnegerowej wiadomości czy w
związku z sytuacją polityczną spotkanie się odbędzie, czy oni w ogóle
przyjechali. Kiedy podzieliłam się z Anią moimi obawami, natychmiast
zaoferowała, że przyjmie gości w swoim domu, tak długo jak będzie trzeba (ostatecznie
spędzili u Ani czas od niedzielnego popołudnia do wtorku, a w środę wylecieli z
Warszawy do Egiptu, a stamtąd drogą lądową do Jerozolimy).
Powróćmy jednak do sobotniego
przedpołudnia.
Uspokojona przez Anię z ekscytacją
czekam na gości, w miejscu gdzie się
zatrzymali. To tuż nad Wisłoką, którą tak ukochał dziadek. Jest ze mną Monika i
Ania. Po chwili wychodzą. Wpadamy sobie w objęcia z Ofirą, to dla mnie naprawdę
ważny moment.
Ofira natychmiast wyciąga z
plecaka książki, które przywiozła ze sobą i pokazuje nam: Remembering
Mielec, wydawnictwo, które znam, ale którego nie widziałam nigdy w
oryginalnej formie oraz książkę, którą wydał jej dziadek – książkę wspomnienie
z Mielca. Obydwie pozycje pożyczam sobie na wieczór i w książce wydanej przez
Mosze znajduje kilka zaskakujących zdjęć z osobami, które znam, zdjęć, których
nigdy nie widziałam. Wysyłam je natychmiast do rodzin osób, które rozpoznałam.
To bezcenne pamiątki.
Lutowe słońce nam sprzyja, grzeje
zupełnie jakby nie było lutowym. Idziemy najpierw pod tablicę poświęconą
żydowskim mieszkańcom, potem do miejsca, gdzie stała synagoga, tam czeka na nas
Halina z Bajką (psem). Potem Rynek. Zatrzymujemy się na dłużej przed kamienicą
Blattbergów, gdzie według rodzinnych wspomnień na piętrze znajdował się sztibl.
Dlaczego to ważne? Szulim Blattberg był mężem ciotki Mosze Chai (zwanej przez
rodzinę Chajcią, była siostrą mamy Mosze). Mosze w opisie do zdjęć pozostawionych
w Yad Vasehm często wspominał Blattbergów i czas spędzany na ich farmie pod
Mielcem.
Rynek. A potem już wchodzimy w
ulicę Legionów, tę którą tyle razy przemierzał Mosze, bo tutaj mieszkał. Robimy
zdjęcie: Ofira z Shimonem pod tabliczką z napisem Ulica Legionów. Wzruszające.
Na tej ulicy mieszkał Mosze,
mieszkała jego miłość Ruchcia Balsam, mieszkał jego przyjaciel Josek Fleischer…Tutaj
był cheder do którego chodził Mosze, tu była gmina żydowska a w czasie wojny
Judenrat – żydowska Rada.
Podchodzimy pod mały biały dom.
Bardzo długo nie wiedzieliśmy, w którym domu mieszkał Mosze, ale nadszedł taki
dzień, kiedy przyglądnęłam się bardzo dokładnie kolekcji Mosze dostępnej na
stronie Yad Vashem i zwróciłam uwagę na zdjęcie, gdzie widoczny jest fragment
domu, a w podpisie Mosze pisze, że stoją przed domem, w którym jego tata wynajmował mieszkanie od
Gabriela Kawy. Szybko otwieram mapę google i przekonuje się, że dom nadal stoi.
Oglądam jeszcze inne zdjęcia z kolekcji Mosze między innymi to na którym jego
siostra, elegancko ubrana stoi przed furtką domu i jestem pewna na 100 procent,
że znalazłam dom Mosze.
W swojej książce dotyczącej Mielca,
zaprzyjaźniona z Mosze Rochelle Seidel napisała:
Mosze
Borger również 9 marca 1942 był poza Mielcem, ale posiada on niezwykłe
dokumenty odnoszące się do niektórych osób deportowanych z Mielca do dystryktu
lubelskiego. Wśród nich są członkowie jego rodziny, w tym jego siostry, Sala i
Feiga, wysłane do Dubienki. W czasie przed deportacją, gdy krążyły o tym
plotki, niektórzy mieleccy Żydzi podchodzili do pana Lecznara, aby ukryć się w
jego posiadłościach. Sprawiedliwy człowiek, organista w mieleckim kościele mógł
ukryć i przechować trochę rzeczy należących do niektórych deportowanych
mieleckich Żydów. Gdy ofiary oczekiwały w dystrykcie lubelskim [na swój los], w
nędzy i głodzie, pisały do niego prosząc, aby sprzedawał niektóre rzeczy
należące do nich i przysyłał im pieniądze na niezbędne wydatki. Wykonywał to
bardzo starannie, zawsze zachowując notatki z transakcji i upewniając się, że
wysyła pieniądze poprzez wiarygodnych wysłanników.
Po
II Wojnie Światowej pan Lecznar przekazał panu Borgerowi korespondencję między
nim aa deportowanymi, wraz z przekazami pocztowymi i notatkami, jakie zrobił w
związku z wszystkimi transakcjami. Dokumenty te dają realny wgląd w życie
mieleckich deportowanych w dystrykcie lubelskim i dowodzą, że niektóre osoby
zostały zamordowane później, niż większość źródeł uważa.
Przykładowe listy i pokwitowania pocztowe które zachował
Lecznar dają świadectwo jaką nędzę deportowani musieli cierpieć oraz pokazują
życzliwość pana Lecznara i jego żony. Lecznarowie korespondowali i pomagali nie
tylko deportowanym do dystryktu lubelskiego ale również niektórym mieleckim
Żydom ukrywającym się w pobliskim Połańcu. Ciotka Mosze Borgera, Chajcia
Blattberg, pisała z Połańca, w niedatowanym liście do pani Lecznar, o tym, że
martwi się o swoje siostrzenice przebywające w dystrykcie lubelskim. Data na
załączniku do tego listu wskazuje, że był on napisany w maju 1942.
Przez długi czas w świadomości
Mielczan zainteresowanych historią mieleckich Żydów małżeństwo, które pomagało
Żydom nosiło nazwisko Lecznar. Dlaczego? A to dlatego, że tak w kolekcji
w Yad Vashem opisał to Mosze (widocznie nie miał maszyny z polską czcionką).
Tak przepisała to w swojej książce Rochelle Saidel, a potem Andrzej Krempa.
Nikt nie przyjrzał się dokładnie dokumentom na których nazwisko było widoczne.
Dopiero po jakiejś dyskusji w grupie Mayn Shtetele Mielec doszliśmy do wniosku,
że pisownia nazwiska to z całą pewnością Łęczner.
Szukałam ich. Szukałam Izabeli i
Gabriela (tak podpisywali się na przekazach pocztowych za pomocą których wysyłali
żydowskim znajomym pieniądze, co ciekawe były one wysyłane z innych
miejscowości, zapewne z ostrożności). Szukałam. Ale nic. Jak się potem okazało
małżonka Gabriela miała na imię Stefania, nie Izabela. Ale po kolei.
Któregoś dnia Ofira pokazała mi
jeden z listów ze zbiorów jej dziadka i zapytała czy wiem od kogo dziadek
otrzymał ten list. Człowiek podpisywał się imieniem Bartek, a nazywał
się Miczulski. Nic mi to nie mówiło, ale zaczęłam szukać. I tak po nitce
do kłębka… Bartłomiej Miczulski okazał się być zięciem Łęcznerów. Izabela nie była żoną Gabriela, a jego córką,
późniejszą żoną Miczulskiego. Małżeństwo miało dwie córki. Udało mi się dotrzeć
do jednej z nich i dowiedziałam się wielu faktów o jej dziadkach.
Gabriel był z wykształcenia
muzykiem. Przez jakiś czas był organistą. W domu podobno był fortepian. Nie
pochodził z Mielca. Z żoną poznali się w Nisku.
Stefania Wiktoria – tak
brzmiały imiona małżonki Gabriela, a Łęczner było jej rodowym
nazwiskiem. Gabriel nazywał się Kawa i w 1938 roku przyjął nazwisko żony
(dlatego Mosze pisał o nim Kawa).
Mieszkali na Legionów w Mielcu.
Dzięki nim przetrwał dziennik Mosze, przeróżnymi sposobami wysyłany do Ameryki
wiele lat po wojnie, aby dotarł do właściciela bez niespodzianek (z tego co
opowiadała mi wnuczka Łęcznerów, dziennik zabrał jakiś znajomy naukowiec jadący
w celach naukowych do USA). Dzięki nim przetrwały szabasowe świeczniki babci
Malki (po wojnie starannie pakowane i wysyłane do Ameryki, co dobrze pamięta
wnuczka Łęcznerów). Dzięki nim przetrwały rodzinne zdjęcia.
Łęcznerowie w czasie wojny
pomagali wielu Żydom. Między innymi siostrom Mosze deportowanym do Dubienki.
Oni, ich córki i zięć Franciszek Miernik. To do nich listy pisała Chaja
Blattberg, ciocia Mosze.
Gabriel w czasie I wojny
światowej walczył we Włoszech. Budując dom zastosował kilka włoskich
rozwiązań. Łęcznerowie wyprowadzili się
z niego na przełomie lat 50/60 XX wieku, Gabriel zachorował i pojechali do
córki Izabeli, do Lublina.
Mieli córki: Izabelę o której już wspominałam i Stefanię
(bezdzietną). Przez jakiś czas mieszkała
na Legionów, podobno była malarką.
Izabela pracowała na uczelni w
Lublinie. Poznała rok od niej starszego (rocznik 1920) Bartłomieja
Miczulskiego. Bartłomiej spędził dzieciństwo w Muszynie. Z wykształcenia był
agrotechnikiem. Został profesorem.
Przez długie lata
korespondowali z Mosze. Obydwaj przyszli
na świat w tym samym roku 1920, obydwaj zmarli
w 2014 (Mosze 8 czerwca, a Bartłomiej 18 czerwca).
DrogiMoniek, Lublin, 29
stycznia 2013
Właśnie otrzymałam Twój list
do Janet, więc go przeczytałem i cieszę się, że Twoje zdrowie jest OK. Moje
zdrowie też jest ok, głowa dzięki Bogu pracuje, jeszcze chodzę na spacer krótki
w towarzystwie córki A. lub innej osoby. A. mieszka w Lublinie i opiekuje się
mną troskliwie. Czasem odwiedza mnie druga córeczka, mieszkająca w Krakowie.
Teraz jest u mniej jej syn, czyli mój wnuczek, wyprowadza mnie na spacer
zimowy, u nas teraz w pełni zima, trochę mroźna i śnieżna. Życzę Ci dobrego
zdrowia i załączam ciekawy artykuł z wczorajszej gazety.
Bartek
Z zachowanych przez Ofirę listów
wynika, że Bartek nie był jedyną osobą z Polski z którą korespondował Mosze.
Pomagał też swoim znajomym finansowo.
Musiała to być pomoc wydatna, bo
znajomemu z Katowic sfinansował operację.
W czasie pobytu w Mielcu Ofira
pokazuje mi oryginały kartek pocztowych.
Wnuczka Łęcznerów gościła w
latach 70. XX wieku u Borgerów w Ameryce. Ich dom wspomina jako niezwykle
ciepły. Frieda, żona Mosze, z wykształcenia muzyczka, zabierała ją na koncerty
i do muzeów.
Zatem stoimy przed dawnym domem
Łęcznerów. Dom jest niedawno odnowiony. Wstawione są nowe okna, ale na balkonie
zachowana jest oryginalna przedwojenna balustrada. To właśnie na piętrze
mieszkał Szymon Salpeter, ojciec Mosze ze swoją rodziną. Obchodzimy dom dookoła,
dzwonię, bo myślę, że Ofirze i Shimonowi byłoby miło, gdyby mogli wejść na podwórko.
Nikt jednak nie otwiera. Szkoda…
Na ulicy w samochodzie siedzi
starsze małżeństwo. Pytają nas co robimy. Wyjaśniam kim są Ofira i Shimon.
Mężczyzna mówi śmiejąc się: zabierzcie ten dom i wskazuje niezbyt ładny
budynek naprzeciwko domu, w którym mieszkał Mosze.
Odpowiadamy, że niczego nie
chcemy zabierać, Ofira śmieje się i mówi: mamy ładniejsze domy w Izraelu.
Opowiada też nam, że dziadek nie
wziął nawet odszkodowania od Niemców.
Idziemy
jeszcze pod piękny, monumentalny budynek Gimnazjum. Tutaj uczył się Mosze.
Opowiadamy sobie dużo podczas
tego spaceru.
Dochodzimy w okolice Rynku, ja i
Monika żegnamy się z Ofirą i Shimonem, Monika ma obowiązki, a ja muszę się
jeszcze przygotować do spotkania w Muzeum.
Ania bierze gości na dalszy
spacer.
Do
Muzeum przyjeżdżamy z Moniką dużo wcześniej. Trzeba się przygotować. Trzeba
porozkładać poczęstunek. Długo przygotowywałam się do tego wydarzenia pisząc
scenariusz, obmyślając plan, wybierając fragmenty dziennika do przeczytania,
robiąc prezentację. Chciałam żeby uczestnicy mogli zakosztować specjałów z
Izraela. Zawiódł mnie niestety sprzedawca z koszernego sklepu w Warszawie. Dużo
by opowiadać. Miałam jednak plan awaryjny. Chałwę kupiłam gdzie indziej, izraelskie
soki też. Koszerna maca pochodziła z mojego osiedlowego sklepu, a chałka z
mieleckiej piekarni. Monika i Halina rozkładają smakołyki.
Wymyśliłam, że spotkanie będzie składało
się z dwóch części.
W pierwszej opowiem o Mosze i
pokażę zdjęcia, a uczeń mieleckiego II
Liceum Ogólnokształcącego, aktor amator Szymon Weryński przeczyta fragmenty
dziennika Mosze, w drugiej o dziadku opowiedzą Ofira i Shimon (na tę okoliczność
Ofira przygotowała piękną prezentację). I że będzie przerwa podczas której
będzie można degustować i napić się kawy.
Wszystko gotowe. Pytam Szymona,
czy się stresuje, odpowiada, że trochę, ale to pozytywny stres. Chyba czuję
podobnie.
Powoli schodzą się uczestnicy.
Zaczynam się martwić. Jest 16.45 a Ofiry i Shimona nie ma (mieli być o 16.30),
wychodzimy z Moniką przed budynek, chodzę nerwowo po parku, zbliża się czas
rozpoczęcia spotkania, a ich nie ma. Zastanawiam się co mogło się stać? Przecież
wiedzieli gdzie jest Muzeum, nie mogli zabłądzić, z miejsca ich zakwaterowania
droga jest prosta. Mieli przyjść na piechotę, w czasie szabasu nie wolno im jeździć
autem.
Nerwy.
Jest pewnie jakaś 16.58 kiedy widzę ich na parkowej alejce. Uśmiecham
się. Iwona, pracująca w Muzeum mówi: no proszę jaki uśmiech od razu….
Tak, uśmiech ulgi.
Jak się potem okazało, zmęczeni
trudami podróży poprzedniego dnia i spacerem, Ofira i Shimon usnęli… a że w czasie
szabasu nie używają telefonów, nie nastawili budzika.
Może jednak czuwał dziadek Mosze?
Na takie wydarzenie nie mogli się przecież spóźnić.
I już podróżujemy wszyscy wspólnie
do przedwojennego sztetla. Jest tak jak chciałam, płynie opowieść o mieleckim
nastolatku, ale przy okazji o mieście w którym mieszkał, o miłościach
Mosze, jego rozterkach, marzeniach i o
tym jak wszystko to zniszczyła wojna. Szymon pięknie czyta fragmenty dziennika.
Przerwa. Już po spotkaniu widzę, że
prawie wszystko zniknęło ze stołu i to co ja przygotowałam i to co ze swojej
strony przygotowało Muzeum. Dobrze. Znaczy się, że smakowało.
Drugą część spotkania zaczynam od
opowieści o tym jak Mosze spotkał dr Rochelle Saidel i dzięki temu powstała książka
o Mielcu a kolekcja Mosze znalazła się w Yad Vashem. Potem pytam Ofirę o
świeczniki na zdjęciach, o pamiątkową tablicę w ogrodach Jerozolimy, a potem
ona opowiada o dziadku. Czasem włącza się Shimon. Oglądamy wiele zdjęć. Są
wzruszające. Z angielskiego tłumaczy Monika.
Bogdan pyta Ofirę jak myśli, co
powiedziałby Mosze na to dzisiejsze wydarzenie?
Hm… ja myślę, znając jego miłość
i przywiązanie do Mielca, że byłby szczęśliwy ale też zdziwiony tym jakiego
zamieszania narobił. Jestem pewna, że byłby szczęśliwy widząc swoje wnuki
chodzące jego śladami.
Marta dziękuje za spotkanie i
wręcza nam po róży. Miły gest.
Pisząc te słowa wzruszam się na
samo wspomnienie. Wiem, że ten wieczór już ze mną zostanie na zawsze w pamięci, jako coś ważnego co zdarzyło się w moim życiu.
Szkoda, że zupełnie zignorowały
go mieleckie media. Jakby nikogo nie obchodziło kilkaset wspólnej historii.
Szkoda…
Niedziela
jest dniem odwiedzenia cmentarzy i miejsc pamięci. Nie wiem gdzie spoczywa
babcia Małka i jej syn, tata Mosze Szymon Salpeter. To albo cmentarz przy Traugutta,
albo mogiła zbiorowa na Świerkowej albo … Lasek Berdechowski. Na Traugutta i
Świerkowej Shimon odmawia kadisz, zapalają też z Ofirą specjalne świece
przywiezione z Izraela.
Nie wiem gdzie spoczywa mama
Mosze (zmarła kiedy miał 3 lata, przed wojną). To może być cmentarz przy
dzisiejszej Jadernych (ale jak wiemy wiele szczątek stamtąd wykopano i w tej
chwili leżą w mogile zbiorowej na cmentarzu przy ulicy Rybackiej w Nowym
Sączu), ale bardziej prawdopodobny jest cmentarz tak zwany choleryczny. Nie ma
po nim śladu. Nawet żadnej pamiątkowej tablicy. Oglądamy miejsce z okien
samochodu.
Shimon
opowiada, że dziadek uwielbiał tańczyć. Przypominam sobie przekaz, że tańca
uczyła Mosze nauczycielka z gimnazjum. Dwa ostatnie lata życia Mosze spędził na
wózku inwaldzkim. Nie był potulny i spokojny. Jego ciekawość świata wciąż była
taka sama – wnuki musiały wszędzie go wozić.
Kiedy nastała era Internetu,
Ofira pokazała dziadkowi wyszukiwarkę i objaśniła jak działa. Pierwsze słowo,
które w nią wpisał to była nazwa Mielec.
Na pogrzeb dziadka przyszły
prawie same kobiety – powie nam Shimon – mnóstwo kobiet. Czasem myślę,
że był innym Mosze dla mężczyzn, a innym dla kobiet…
Uśmiechamy się. Cały Mosze.
Dziękuję wszystkim dzięki którym
odbyło się to spotkanie.
Dyrektorowi Muzeum Historii Regionalnej
Pałacyk Oborskich w Mielcu Jerzemu Skrzypczakowi, pracownikom Muzeum, wszystkim którzy mi pomogli:
Monice Występek, Ani Stąpor, Halinie Pado, Krzysztofowi Widurkowi, Stanisławowi Wanatowiczowi, Markowi Skowrońskiemu.
Dziękuję Monice Występek za tłumaczenie podczas
spotkania, a Szymonowi Weryńskiemu za przeczytanie fragmentów dziennika Mosze z uczuciem i
talentem.
Dziękuję Ani i Bogdanowi Brzyskim za goszczenie
Ofiry i Shimona w swoim domu pod Krakowem.
Dziękuję dr Rochelle Saidel za
podzielenie się wspomnieniem o Mosze.
Dziękuję uczestnikom spotkania, że
zechcieli posłuchać opowieści o Mosze.
Dziękuję Ofirze i Shimonowi, że
przylecieli aż z Izraela.
Dziękuję Mosze Borgerowi za to, że
BYŁ i za to, że wciąż jest obecny w moim życiu.
O Mosze można przeczytać tutaj:
https://maynshtetelemielec.blogspot.com/2022/11/twarze-mieleckiego-sztetla-mosze-borger.html
















































































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz